Prawie, bo na szczęście z mojej torebki nic nie zginęło. Zasada jest taka wsiadasz do zatłoczonego autobusu, w którym ktoś ci rozcina torebkę i wyjmuje z niej to, co mu potrzeba względnie zbiera to, co z niej wyleciało. Autobus najlepiej, żeby był prywatny, w prywatnych autobusach to konduktor przedziera się do Ciebie, a nie ty do konduktora i pewnie jest to jedna z przyczyn, dla których w prywatnych jest ciaśniej. Druga, to pewnie taka, że prywatny nie ruszy z miejsca póki nie pęka w szwach, a państwowe mają po prostu swój rozkład jazdy i tak jeżdżą.
Ja zrobiłam błąd - wsiadłam do zatłoczonego prywatnego autobusu, w którym ktoś (czytaj - złodziej) rozciął mi torebkę, ale ku jego zaskoczeniu, a mojejmu zadowoleniu z torebki nic nie wypadło. Dalej nie zdążył nawet niczego wyjąć, w zasadzie to nie wiem jak to się stało, że nic dosłownie nic z mojej torebki nie zginęło, a miałam w niej portfel, telefon i aparat fotograficzny, który chciałam oddać do serwisu na CP (serwis jak można było przewidzieć, znaczy w Europie możnaby było przewidzieć, był w sobotę zamknięty, więc będę musiała udać się tam w poniedziałek, względnie mogę kupić nowy aparat fotograficzny, a ten zabrać do domu i oddać do naprawy w Warszawie, co jest o tyle korzystne, że aparat jest na gwarancji jeszcze przez najbliższy rok). Zapomniałam dodać, że w torebce miałam też książką, gazetą, szal i totalny bałagan - zakładam, że ten ostatni czynnik mógł przyczynić się do udaremnienie kradzieży. Bałagan polega na tym, że nawet ja mam problemy, żeby cokolwiek w mojej torbie znaleźć a co dopiero taki złodziej ma zrobić. Druga rzecz, że ja cały czas trzymałam rękę na torbie, więc możliwe, że po prostu poczułam, że coś z torbą jest nie tak, jak mi ją przecinali i od razu wzięłąm ją do przodu. Nie da się ukryć, że w całym tym nieszczęściu miałam dużo szczęścia. Co więcej mam dziwne wrażenie, że próbowano mnie okraść nie raz, a dwa razy, bo torba jest przecięta w tylnej części z dwóch stron, więc albo nie zauważyłam, że ktoś mi ją kilka razy pociął, albo pan, który właśnie szybko opuszczał kolejny autobus, w momencie, gdy ja do niego wsiadałam, i który zachaczył (?) o moją torebkę, również postanowił przeciąć ją nożem w celu znanym. Oczywiście pierwszą rzeczą, którą zrobiłam było włożenie ręki do dziury i sprawdzenie, czy wszystko jest, portfel wyczułam od razu, uff co za ulga, teraz gdzie jest komórka? Na szczęście też była. Dalej jak się wydostać z autobusu zanim, ktoś mnie naprawdę okradnie - też się udało. Później jeden ze studentów na MDI zapytał się mnie, czy złóżyłam skargę - 'wiesz chciałam jak najszybciej wyjść z autobusu i sprawdzić czy nic nie zginęło zwłaszcza, że
najważniejsza rzecz - portfel - był.'
Do zapamiętania - nie wsiadać nigdy w Indiach do zatłoczonych prywatnych autobusów.
Do zrbienia - kupić na lotnisku w Helsinkach nową torbę Longchampa - drogie to, ale przynajmniej antywłamaniowe. :)
Saturday, December 13, 2008
Saturday, December 6, 2008
Dlaczego mnie budzą o 4 rano?
Nie, nie zamamówiłam budzenia, nigdzie się nie wybieram, jedyne co chcę, to spać spokojnie do 9-10 rano, bo położyłam się po pierwszej - zwykła rzecz na MDI. Mówią - 'MDI never sleeps' - może, ale ja mam zwyczaj spać o 4 rano, może komuś się to wydać dziwne, ale wcale nie mam wrażenia, że przesypiam całe życie. Wręcz przeciwnie, czuję, że mogę bardziej życiem się cieszyć, gdy się wyśpię. Więc budzą mnie o czwartej rano. A w zasadzie to budzi mnie pan w czerwonej kurteczce z poprzedniego Imperium (taki event na MDI, co się co roku w listopadzie/grudniu odbywa). Najprawdopodobniej pan był również mocno niezadowolony z faktu, że musiał kogoś o 4 nad ranem budzić i mocno speszony całą sytuacją, ale kazano mu to musi. Nie na MDI nie było pożaru (swoją drogą jaki kolor ma tu strój strażacki? - nieważne kurteczka i tak była z Imperium i ze strażą nie miała nic wspólnego), nie nikt nie zginął, nie zdarzyło się nic złego. Pan z niewiadomych przyczyn (albo jego zwierzchnik*) chciał się dowiedzieć - do kiedy zostanę, ile osób jest w pokoju (tak jedna - Jana moja roommate wyjechała w piątek rano), ile osób jest w pokoju naprzeciwko (jedna, Laura wyjechała wczoraj wieczorem). Kiedy wyjeżdża Constanza - we wtorek? Jaki jest kontakt do Costi, bo nie ma jej w pokoju - nie podam, bo nie mam do niej telefonu, a nie powiem panu, żeby sobie szukał w drugim akademiku. :P Nie będę udawała, że poziom angielskiego osoby, która mnie obudziła, wystarczał do uzyskania ode mnie tak szczegółowych informacji. W celu rozwiązania problemów komunikacyjnych o 4 rano została również obudzona jedna z miejscowych studentek. W zasadzie nie mam zielonego pojęcia jaki był cel budzenia mnie o 4 rano, bo nikt do mojego pokoju się nie sprowadził, Costi jest nadal sama. Kiedy wyjeżdżam pytało mnie już dwóch panów wczoraj popołudniu, w związku z opłatą za jedzenie i nie wiem czym jeszcze, a przed chwilą, ktoś znowu pytał Costi na korytarzu, kiedy wyjeżdża. Kiedy dojdzie wreszcie do waszej wiadomości, że we wtorek! Poza tym co ja mogę zrobić o 4 rano, nie spakuję się i nie przeniosę do innego pokoju, jeżeli mój jest akurat komuś potrzebny, nie wymknę się cichaczem, żeby za jedzenie nie płacić, więc po co mnie budzić i jeszcze kilka innych osób?
*Względnie ktoś przyjechał i potrzebował pokoju, ale jak wiadomo na MDI nikt nie wie, kto kiedy wyjeżdża i przyjeżdża, jak na uczelnię, która ma kształcić młodych menadżerów, to standard zarządzania akademikiem jest porażający.
*Względnie ktoś przyjechał i potrzebował pokoju, ale jak wiadomo na MDI nikt nie wie, kto kiedy wyjeżdża i przyjeżdża, jak na uczelnię, która ma kształcić młodych menadżerów, to standard zarządzania akademikiem jest porażający.
Friday, November 28, 2008
Rishikesh
Czyli rafting, czyli jestem cała mokra i jest fajnie. Jeżeli ktoś z was jeszcze nie próbował rafting, a wybiera się na dłuższy czas do północnych Indii, to polecam Rishikesh. Ponad 3 godz. rafting po Gangesie nie powinien kosztować więcej niż 700-750Rs a zabawa jest przednia. Dodatkowy atut, to to, że Rishikesh jest stosunkowo blisko Delhi, jadąc nocnym autobusem - odjeżdża około 8:30 z dworca Kashmiri Gate (państwowy z A/C, nie dajcie się naciągnąć na prywatne - cena jest taka sama, ale standard gorszy) - można dojechać na tyle wcześnie, by się jeszcze trochę rano przespać. Jedyne co, to trzeba się w takim wypadku mocno targować, żeby za hotel o 3-4 w nocy za dużo nie przepłacić. Następnie koło południa wyjeżdżamy na rafting, a w pokoju z powrotem jesteśmy około 4-5 tej. Krótki rafting nie jest nadzwyczaj wymagający i każdy może spróbować, o ile tylko nie boi się doszczętnie zmoczyć :P.
Drugie oblicze Rishikeshu, to aśramy i żebrzący starcy/mędrcy, bo Rishikesh jak większość miast nad Gangesem jest miejscem bardziej religijno-pielgrzymkowym niż turystycznym. Ludzie przyjeżdżają tu by odwiedzić święte wody Gangesu, pomodlić się do bóstwa, oderwać się od świata doczesnego. Aśramów jest tu wręcz zatrzęsienie, podobnie jak Europejczyków poszukujących nowej duchowości i tym podobnych rzeczy. Wśród nich pewnie również spora rzesza fanów Beatlesów, bo to właśnie oni, a John Lenon w szczególności, odkryli Rishikesh dla świata zachodniego. Zatem niech żyje New Age. :P
| From Rishikesh |
Drugie oblicze Rishikeshu, to aśramy i żebrzący starcy/mędrcy, bo Rishikesh jak większość miast nad Gangesem jest miejscem bardziej religijno-pielgrzymkowym niż turystycznym. Ludzie przyjeżdżają tu by odwiedzić święte wody Gangesu, pomodlić się do bóstwa, oderwać się od świata doczesnego. Aśramów jest tu wręcz zatrzęsienie, podobnie jak Europejczyków poszukujących nowej duchowości i tym podobnych rzeczy. Wśród nich pewnie również spora rzesza fanów Beatlesów, bo to właśnie oni, a John Lenon w szczególności, odkryli Rishikesh dla świata zachodniego. Zatem niech żyje New Age. :P
Wednesday, November 12, 2008
Trochę o Shimli
Ja już chyba wspominałam Shimla jest bardzo europejska - nic w tym dziwnego, w końcu zbudowali ją Brytyjczycy. Główny deptak "The Mall" mógłby się znajdować w dowolnym miejscu w na wyspach i tylko wygląd spacerujących po nim osób wskazuje, że mimo wszystko nie jesteśmy w "dobrej, starej" Anglii.
MScandalw Shimli, o których wartcenrtumieć.
Scandal Point - czyli de facto centrum miasta, stąd możemy podejść do Christ Church, który w nocy jest przepięknie oświetlony, gdy natomiast zobaczymy go w ciągu dnia od razu pojawia się pytanie, po cHimachalaPradeshenergii elektrycznej (ale w Himachal ChristhChurch jest dostatek). Dołem poniżej Christ Church biegnie wspomniany już "The Mall" deptak z sklepami dla turystów i sprzedaScandalukurydzy oraz innych smakoskandalowy Scandal Point zawdzięcza pewnemu skandalowy towarzyskiemu, który miał miejsce za czasów British Raj. Otóż z tego właśnie miejsca Maharaja Patiali miał porwać córkę wicekróla (generalnego gubernatora) Indii, która to młoda dama wpadła mu w oko. To czy "porwanie" miało charakter dobrowolny czy przymusowy, to już inna sprawa, ale scandal był i to się liczy.
Viceregal Lounge, czyli obecny Indian Institute of Advanced Studies - przzepiękny budynek w otoczeniu zieleni, LonelyPlanet opisuje go jako skrzyżowanie Hogwartu z Tower of London, co według mnie jest przesadą. Jeżeli nie dla piękna architektury (wiem przesadzam) i przepych wnętrza (w zasadzie korytarza), miejsce to warto odwiedzić z uwagi na jego znaczenie historyczne, tu bowiem ważyły się laosy niepodległych Indii i Pakistanu.
Shimla to piękne miasto, a żeby zachować jej charakter władze wprowadziły pewne ograniczenia budowlane, i tak zaostrzone zostały procedury uzyskania pozwolenie na budowę nowego domu, a wszystkie nowe inwestycje nie mogą być Shimli niż 2-3 piętra.
Tyle mniej więcej o Shimli, dawno tam byłam i trochę już po drodze pozapominałam :(, ale za bloga trzeba się wziąć i go uzupełnić za nim zacznę na dobre podróżować, o ile zacznę, bo na razie wszelkie plany wyglądają mgliście :(. W zasadzie to tylko moja room-mate exchangeęcej wie czego chce i z kim, reszta exchange najpierw jedzie do Pakistanu, a potem w planach ma wielkie nic, znaczy coś im się po drodze wyklaruje, ale zanim się to stanie ja muszę sobie coś zaplanować. Na razie wstępny plGurgaon taki, że do 16-17 grudnia zostaję w Gurgaon i szukaMumbaiuiałów doMumbaiuerki, a potem jadę do Mumbaiu - co w Mumbaiu, to zależy od tego czy będę sama, czy będę miała towarzystwo, w piewszym przypadku jadę odwiedzić znajomych w Pune, w drugim to się Mumbaiua miejscu.
Media podają, że ataki w Mumbaiu już się skończyły i dobrze, mam nadzieję, że miasto szybko otrząśnie się po tragedii.
Dla wyjaśnienia notka ma datę 12 listopada, bo wtedy ją zaczełam pisać, dokończyłam dziś 29 listopada, w dniu kiedy zakończyły się walki z terorystami w Mumbaiu.
![]() |
| FromFromHinachalPradeshPradeshHinachalShimliPradeshShimli Pradesh |
MScandalw Shimli, o których wartcenrtumieć.
Scandal Point - czyli de facto centrum miasta, stąd możemy podejść do Christ Church, który w nocy jest przepięknie oświetlony, gdy natomiast zobaczymy go w ciągu dnia od razu pojawia się pytanie, po cHimachalaPradeshenergii elektrycznej (ale w Himachal ChristhChurch jest dostatek). Dołem poniżej Christ Church biegnie wspomniany już "The Mall" deptak z sklepami dla turystów i sprzedaScandalukurydzy oraz innych smakoskandalowy Scandal Point zawdzięcza pewnemu skandalowy towarzyskiemu, który miał miejsce za czasów British Raj. Otóż z tego właśnie miejsca Maharaja Patiali miał porwać córkę wicekróla (generalnego gubernatora) Indii, która to młoda dama wpadła mu w oko. To czy "porwanie" miało charakter dobrowolny czy przymusowy, to już inna sprawa, ale scandal był i to się liczy.
Viceregal Lounge, czyli obecny Indian Institute of Advanced Studies - przzepiękny budynek w otoczeniu zieleni, LonelyPlanet opisuje go jako skrzyżowanie Hogwartu z Tower of London, co według mnie jest przesadą. Jeżeli nie dla piękna architektury (wiem przesadzam) i przepych wnętrza (w zasadzie korytarza), miejsce to warto odwiedzić z uwagi na jego znaczenie historyczne, tu bowiem ważyły się laosy niepodległych Indii i Pakistanu.
Shimla to piękne miasto, a żeby zachować jej charakter władze wprowadziły pewne ograniczenia budowlane, i tak zaostrzone zostały procedury uzyskania pozwolenie na budowę nowego domu, a wszystkie nowe inwestycje nie mogą być Shimli niż 2-3 piętra.
Tyle mniej więcej o Shimli, dawno tam byłam i trochę już po drodze pozapominałam :(, ale za bloga trzeba się wziąć i go uzupełnić za nim zacznę na dobre podróżować, o ile zacznę, bo na razie wszelkie plany wyglądają mgliście :(. W zasadzie to tylko moja room-mate exchangeęcej wie czego chce i z kim, reszta exchange najpierw jedzie do Pakistanu, a potem w planach ma wielkie nic, znaczy coś im się po drodze wyklaruje, ale zanim się to stanie ja muszę sobie coś zaplanować. Na razie wstępny plGurgaon taki, że do 16-17 grudnia zostaję w Gurgaon i szukaMumbaiuiałów doMumbaiuerki, a potem jadę do Mumbaiu - co w Mumbaiu, to zależy od tego czy będę sama, czy będę miała towarzystwo, w piewszym przypadku jadę odwiedzić znajomych w Pune, w drugim to się Mumbaiua miejscu.
Media podają, że ataki w Mumbaiu już się skończyły i dobrze, mam nadzieję, że miasto szybko otrząśnie się po tragedii.
Dla wyjaśnienia notka ma datę 12 listopada, bo wtedy ją zaczełam pisać, dokończyłam dziś 29 listopada, w dniu kiedy zakończyły się walki z terorystami w Mumbaiu.
Thursday, November 6, 2008
Himachal Pradesh - uzupełnienie
Ostatnią notkę zakończyłam na Shimli, czyli de facto na samym początku naszej wyprawy. Z Shimli wieczorem pojechaliśmy do Rampuru, gdzie przenocowaliśmy w hoteliku bez wody, bo w mieście była awaria, 220Rs za pokój. Kubełek wody, kiedy ma się za sobą nocleg w pociągu, a przed sobą perspektywę nie mycia się przez najbliższych kilka dni, nie jest tym o czym człowiek by marzył, ale po 23 w Indiach (podobnie jak w każdym innym kraju) czasami trudno o coś lepszego. Bierzesz to, co jest albo czekasz do świtu.
Drogę do Bagipul miejscami z trudem można było nazwać wązką, do tej pory nie wiem jak na niej się mieści autobus, ale widać się mieści skoro udało nam się przejechać i to nawet dwa razy :).
Podejrzenia, że kubełek wody będzie ostatnim kubełkiem na najbliższych kilka dni okazały się słuszne w momencie, gdy wieczorem dotarliśmy do Forest Guesthous, który okzał się być w zasadzie miejscem noclegu podczas jatry, corocznej pielgrzymki na Shirhkand Mahadev odbywanej w lipcu i sierpniu, wtedy szlak musi być naprawdę uczęszczany, o czym świadczą pozostawione wzdłóż całej drogi papierki (stwierdzenie, że w górach się nie śmieci zdaje się nie sprawiać na nikim dużego wrażenia), miejsca po obozowiskach, a także doskonałe oznakowanie szlaku. W pozostałym okresie Forest Guesthouse działa w zasadzie na telefon po wcześniejszym umówieniu się.
Dokładny opis wspinaczki mogę chyba pominąć i skoncentrować się na własnych odczuciach (tak kobiety podobno lubią pisać o sobie, więc niech będzie, że o sobie piszę :P), jeżeli komuś zależy na szczegółach to pragnę odesłać do strony Radka i Bogny, doką z resztą zawsze chętnie odsyłam. :)
Kiedyś przeczytałam (było to, w którymś wydaniu "Podróży"), że w Tatrach w jeden dzień można przejść trzy doliny, a w Himalajach jedną doliną idzie się przez trzy dni i jest to prawda, z tym, że na jedną niezbyt jak na Himalaje wysoką (raptem około 5200m npm) górę trzeba się wspinać też przez 3 dni. Różnice wysokości w Himalajach są zarówno piękne jak i przerażające. Piękne są ponad 100m wysokości wodospady i widok ośnieżonych szczytów w górze i pokrytej lasem doliny w dole. Przerażające, gdy człowiek zaczyna się zastanawiać jak daleko jest od wszelkiej cywilizacji (choć zasięg telefonii komórkowej na trasach pielgrzymkowych jest doskonały, ostatni raz byłam w stanie wysłać smsa na prawie 4000m w okolicach Kali Gati - odsyłam do mapy na stronie Radka), a przede wszystkim jak wysoko musi jeszcze wejść. Ponad 1500 m różnicy wysokości z dużym plecakiem jest już nielada wyczynem, ale to i tak dopiero połowa góry. Dla ścisłości uprzedzę, że na sam Shrikhand Mahadev nie udało nam się wejść, powodów było kilka - ograniczenie czasowe, brak drewna, problemy z aklimatyzacją (choroba wysokościowa zaczyna się od 3500 m npm, a my i tak spędziliśmy dwie noce powyżej tej wysokości), ogólne zmęczenie. To, że w ogóle zaszliśmy tak daleko zawdzięczamy naszemu tragarzowi i przyjacielowi Dinanathowi, który nie dość, że nosił dla nas część sprzętu, to przotrafił przyrządzić pyszny czaj i te jabłka, które miał w swoim worku. :) Poza tym Dinanath zaprosił nas, żebyśmy przenocowali u niego jak będziemy wracać, z czego później skorzystaliśmy. Nocleg w wiosce w Himachal Pradesh, to sama przyjemność, domy w tym rejonie są zbudowane na wysokim podpiwniczewniu, które pełni funkcję składu/obory. Część górna jest zazwyczaj drewniana ze spadzistym dachem. Kuchnia i łazienka, to dwa oddzielne budynki, przy czym łazienka zazwyczaj pozostaje nieużywana (ciekawe po co w takim razie jest?), przyczyna tego jest dość prosta. Jedynym źródłem bierzącej wody jest publiczny kran na głównym "placu" we wsi (czyli raptem jakieś 20-30m od domu), z kranu można przeciągnąć wąż, żeby napełnić banię na dachu łazienki. Problem w tym, że można to zrobić jedynie w nocy, ale po co skoro równie dobrze można przynieść sobie wiaderko wody na indywidualną kompiel.
Trójka dzieci naszego gospodarza, cała trójka chodzi do szkoły :).
Drogę do Bagipul miejscami z trudem można było nazwać wązką, do tej pory nie wiem jak na niej się mieści autobus, ale widać się mieści skoro udało nam się przejechać i to nawet dwa razy :).
![]() |
| From Hinachal Pradesh |
Podejrzenia, że kubełek wody będzie ostatnim kubełkiem na najbliższych kilka dni okazały się słuszne w momencie, gdy wieczorem dotarliśmy do Forest Guesthous, który okzał się być w zasadzie miejscem noclegu podczas jatry, corocznej pielgrzymki na Shirhkand Mahadev odbywanej w lipcu i sierpniu, wtedy szlak musi być naprawdę uczęszczany, o czym świadczą pozostawione wzdłóż całej drogi papierki (stwierdzenie, że w górach się nie śmieci zdaje się nie sprawiać na nikim dużego wrażenia), miejsca po obozowiskach, a także doskonałe oznakowanie szlaku. W pozostałym okresie Forest Guesthouse działa w zasadzie na telefon po wcześniejszym umówieniu się.
Dokładny opis wspinaczki mogę chyba pominąć i skoncentrować się na własnych odczuciach (tak kobiety podobno lubią pisać o sobie, więc niech będzie, że o sobie piszę :P), jeżeli komuś zależy na szczegółach to pragnę odesłać do strony Radka i Bogny, doką z resztą zawsze chętnie odsyłam. :)
Kiedyś przeczytałam (było to, w którymś wydaniu "Podróży"), że w Tatrach w jeden dzień można przejść trzy doliny, a w Himalajach jedną doliną idzie się przez trzy dni i jest to prawda, z tym, że na jedną niezbyt jak na Himalaje wysoką (raptem około 5200m npm) górę trzeba się wspinać też przez 3 dni. Różnice wysokości w Himalajach są zarówno piękne jak i przerażające. Piękne są ponad 100m wysokości wodospady i widok ośnieżonych szczytów w górze i pokrytej lasem doliny w dole. Przerażające, gdy człowiek zaczyna się zastanawiać jak daleko jest od wszelkiej cywilizacji (choć zasięg telefonii komórkowej na trasach pielgrzymkowych jest doskonały, ostatni raz byłam w stanie wysłać smsa na prawie 4000m w okolicach Kali Gati - odsyłam do mapy na stronie Radka), a przede wszystkim jak wysoko musi jeszcze wejść. Ponad 1500 m różnicy wysokości z dużym plecakiem jest już nielada wyczynem, ale to i tak dopiero połowa góry. Dla ścisłości uprzedzę, że na sam Shrikhand Mahadev nie udało nam się wejść, powodów było kilka - ograniczenie czasowe, brak drewna, problemy z aklimatyzacją (choroba wysokościowa zaczyna się od 3500 m npm, a my i tak spędziliśmy dwie noce powyżej tej wysokości), ogólne zmęczenie. To, że w ogóle zaszliśmy tak daleko zawdzięczamy naszemu tragarzowi i przyjacielowi Dinanathowi, który nie dość, że nosił dla nas część sprzętu, to przotrafił przyrządzić pyszny czaj i te jabłka, które miał w swoim worku. :) Poza tym Dinanath zaprosił nas, żebyśmy przenocowali u niego jak będziemy wracać, z czego później skorzystaliśmy. Nocleg w wiosce w Himachal Pradesh, to sama przyjemność, domy w tym rejonie są zbudowane na wysokim podpiwniczewniu, które pełni funkcję składu/obory. Część górna jest zazwyczaj drewniana ze spadzistym dachem. Kuchnia i łazienka, to dwa oddzielne budynki, przy czym łazienka zazwyczaj pozostaje nieużywana (ciekawe po co w takim razie jest?), przyczyna tego jest dość prosta. Jedynym źródłem bierzącej wody jest publiczny kran na głównym "placu" we wsi (czyli raptem jakieś 20-30m od domu), z kranu można przeciągnąć wąż, żeby napełnić banię na dachu łazienki. Problem w tym, że można to zrobić jedynie w nocy, ale po co skoro równie dobrze można przynieść sobie wiaderko wody na indywidualną kompiel.
![]() |
| From Hinachal Pradesh |
Trójka dzieci naszego gospodarza, cała trójka chodzi do szkoły :).
Dlaczego nie pojechałam do Udaipuru + dzień na uzupełnianie bloga
Cały tydzień cieszyłam się na weekendowy wyjazd do Udaipuru. Znawcy powiadają, że to najpiękniejsze miasto w Rajastanie, a jeżeli ktoś już w Rajastanie był, to wie, że należy się w takim razie dużo spodziewać. Niestety w środę dopadła mnie temperatura z niewielkimi dolegliwościami przewodu pokarmowego, które w ciągu nocy przerodziły się w trochę większe dolegliwości i tak cały czwartek przeleżałam w łóżku, czego efektem była decyzja, że do Udaipuru 12h autobusem nie jadę :(. Choć z perspektywy dnia dzisiejszego, to w zasadzie mogłabym pojechać, bo z całych dolegliwości został mi tylko ból głowy, który równie dobrze może być spowodowany stanem powietrza w Gurgaon, które nie jest pierwszej świerzości, a czasami mam wrażenie, że nawet drugiej nie jest.
Z racji, że z bóle głowy nie za bardzo jestem w stanie poświęcić się lekturze mądrych książek o tematyce biznesowo-marketingowej, postanowiłam wreszcie się wziąć za mojego bloga i uzupełnić ostatni miesiąc. Przyjamniej będzie jakaś korzyść z tego, że zostałam.
Z racji, że z bóle głowy nie za bardzo jestem w stanie poświęcić się lekturze mądrych książek o tematyce biznesowo-marketingowej, postanowiłam wreszcie się wziąć za mojego bloga i uzupełnić ostatni miesiąc. Przyjamniej będzie jakaś korzyść z tego, że zostałam.
Friday, October 17, 2008
Himachal Pradesh
...zanim przejdę do konkretów, chciałabym zachęcić do pisania komentarzy. Po pierwsze miło jest się dowiedzieć, że ktoś jednak twój blog czyta, po drugie chętnie usłyszałabym jakieś uwagi typu co jest tak, co jest nie tak. Pytania, wątpliwości. Jakiś feedback proszę, pisanie bloga jest przyjemne, ale są inne przyjemności w życiu niż pisanie bloga, którego nikt nie czyta.
Teraz zdawna obiecane wyjaśnienie, co robiłam podczas SPA (Summer Placement Activity).
W czwartek wieczorem czwórka "himalaistów", ja, Radek, Vilma i Giedrus (para Litwinów) pojechała do Delhi, nasz cel stary dworzec w Delhi i pociąg do Kalki, czyli miejsca przesiadki na kolejkę wąskotorową do Shimli. Jeżeli ktoś kiedykolwiek postanowiłby ułożyć listę miejsc najbardziej zatłoczonych w Indiach, to dowrec w Starym Delhi byłby zapewne w czołówce, dworzec w Nowym Delhi zresztą też. Ludzie leżą, stoją, czekają, przemieszczają się między peronami, kupują przekąski i napoje, Centralny przed weekendem majowym wydaje się przy tym wszystkim pusty i czysty, bo tutejszy zwyczaj rzucznia śmieci gdzie popadnie mogą docenić jedynie szczury (po torach biegały takie wielkości dobrze odrzywionego chomika polskiego). Tym razem nasza grupa z Europy Środkowo-Wschodniej podróżowała sleeperem, czyli najtańszą klasą, która zapewnia minimum komfortu, czyli możliwość przespania się i rezerwacji miejsc, nie zapewnia za to klimatyzacji (to akurat dobrze), pościeli (więc własny śpiwór niezbędny), porządnego sprzątania na początku trasy (tymbardziej śpiwór/pościel niezbędne).
Ważna informacja - z Delhi wyjechaliśmy i do Kalki dotarliśmy zgodnie z planem, czyli o godzinie 5:30 i tu czekał nas pociąg do Shimli, a w zasadzie dwa pociągi o 6:00 delux za 280Rs (ze śniadaniem) lub 6:30 za 34Rs przy czym o śniadanie trzeba było sobie zadbać indywidualnie, co w Indiach nie jest trudne, bo na stacji zakupić można różne pyszności (najczęściej smażone) z jednorazowego tależyka lub jednorazowej gazety, a czasem nawet eleganckiego styropianowego opakowania. Jedzenie jest tanie, smaczne i bezpieczne, bo a) obrobione termicznie, b) świerze, c) wegetariańskie, czyli nie ma tam żadnych łatwo psujących się rzeczy jak mięso, jedyne zastrzeżenia można mieć najwyżej do oleju, ale z drugiej strony w polskiej smarzelni różne rzeczy mogą człowieka czekać. Nie muszę chyba pisać, na którą opcję się zdecydowaliśmy - my ludzie z Europy Środkowo-Wschodniej.
Dworzec w Kalce - ale tu pusto.
Kalka-Shimla train (od 1903 roku)
Shimla, to stlica stanu Himachal Pradesh, niewielkie miasto jak na warunki indyjskie, bo około 200 tys. i bardzo czyste. Na gółwnym deptaku The Mall, co kilka metrów jest kosz na śmieci lub tabliczka przypominająca, że za śmiecenie można zapłacić nawet 500Rs (~27 zł), co nie jest tak mało biorądz pod uwagę, że obiad w porządnej restauracji kosztyuje do 200Rs (w New Plaza Restaurant - Middle Bazar, Shimla - polecam). Shimla polskiemu turyście przywodzi na myśl Zakopane, może z tą tylko różnicą, że Zakopane jest w kotlinie, natomiast Shimla umiejscowiła się na szczycie i zboczach góry - wyżej już nie było można.
Relacja ze wspinaczki będzie później, na razie zdjęcia.
Teraz zdawna obiecane wyjaśnienie, co robiłam podczas SPA (Summer Placement Activity).
W czwartek wieczorem czwórka "himalaistów", ja, Radek, Vilma i Giedrus (para Litwinów) pojechała do Delhi, nasz cel stary dworzec w Delhi i pociąg do Kalki, czyli miejsca przesiadki na kolejkę wąskotorową do Shimli. Jeżeli ktoś kiedykolwiek postanowiłby ułożyć listę miejsc najbardziej zatłoczonych w Indiach, to dowrec w Starym Delhi byłby zapewne w czołówce, dworzec w Nowym Delhi zresztą też. Ludzie leżą, stoją, czekają, przemieszczają się między peronami, kupują przekąski i napoje, Centralny przed weekendem majowym wydaje się przy tym wszystkim pusty i czysty, bo tutejszy zwyczaj rzucznia śmieci gdzie popadnie mogą docenić jedynie szczury (po torach biegały takie wielkości dobrze odrzywionego chomika polskiego). Tym razem nasza grupa z Europy Środkowo-Wschodniej podróżowała sleeperem, czyli najtańszą klasą, która zapewnia minimum komfortu, czyli możliwość przespania się i rezerwacji miejsc, nie zapewnia za to klimatyzacji (to akurat dobrze), pościeli (więc własny śpiwór niezbędny), porządnego sprzątania na początku trasy (tymbardziej śpiwór/pościel niezbędne).
Ważna informacja - z Delhi wyjechaliśmy i do Kalki dotarliśmy zgodnie z planem, czyli o godzinie 5:30 i tu czekał nas pociąg do Shimli, a w zasadzie dwa pociągi o 6:00 delux za 280Rs (ze śniadaniem) lub 6:30 za 34Rs przy czym o śniadanie trzeba było sobie zadbać indywidualnie, co w Indiach nie jest trudne, bo na stacji zakupić można różne pyszności (najczęściej smażone) z jednorazowego tależyka lub jednorazowej gazety, a czasem nawet eleganckiego styropianowego opakowania. Jedzenie jest tanie, smaczne i bezpieczne, bo a) obrobione termicznie, b) świerze, c) wegetariańskie, czyli nie ma tam żadnych łatwo psujących się rzeczy jak mięso, jedyne zastrzeżenia można mieć najwyżej do oleju, ale z drugiej strony w polskiej smarzelni różne rzeczy mogą człowieka czekać. Nie muszę chyba pisać, na którą opcję się zdecydowaliśmy - my ludzie z Europy Środkowo-Wschodniej.
![]() |
| From Hinachal Pradesh |
Dworzec w Kalce - ale tu pusto.
![]() |
| From Hinachal Pradesh |
Kalka-Shimla train (od 1903 roku)
Shimla, to stlica stanu Himachal Pradesh, niewielkie miasto jak na warunki indyjskie, bo około 200 tys. i bardzo czyste. Na gółwnym deptaku The Mall, co kilka metrów jest kosz na śmieci lub tabliczka przypominająca, że za śmiecenie można zapłacić nawet 500Rs (~27 zł), co nie jest tak mało biorądz pod uwagę, że obiad w porządnej restauracji kosztyuje do 200Rs (w New Plaza Restaurant - Middle Bazar, Shimla - polecam). Shimla polskiemu turyście przywodzi na myśl Zakopane, może z tą tylko różnicą, że Zakopane jest w kotlinie, natomiast Shimla umiejscowiła się na szczycie i zboczach góry - wyżej już nie było można.
![]() |
| From Hinachal Pradesh |
Relacja ze wspinaczki będzie później, na razie zdjęcia.
![]() |
| Hinachal Pradesh |
Monday, October 6, 2008
Akshardham
...czyli techniki wizualne na usługach pobożności.
Zanim opiszę co robiłam podczas Summer Placement Activity (SPA) kilka słów o tym co robiłam w weekend po Jaisalmerze i po tym jak w końcu wykurowałam się z moim gardłem, czyli będzie w zasadzie o mojej niedzielnej wyprawie do Delhi z Vaibhav'em.
Vaibhav jest na MDI studentem drugiego roku i razem robimy Financial Risk Management, czyli przedmiot, na którym ja z regóły wiem co, ale nie wiem jak, choć czasami to nawet nie wiem co i jak się robi. FRM miało jakiś poprzednik w zeszłym semestrze, ale nie wszyscy go robili, w tym ja z prostej przyczyny, że mnie na MDI nie było. FRM robię chyba tylko dlatego, że mi pasuje do grafiku, stanowi pewne wyzwanie, czegoś może się nauczę skoro już tu siedzę :).
Wracając do mojego towarzysza niedoli i przewodnika po Delhi. Vaibhav wychował się w Nigerii, ale cała rodzina jakiś czas temu opóściła ten kraj w obawie przed wojną i zamieszkami i powróciła do Indii. Vaibhav jest inżynierem morskim i przez jakiś czas (3-4 lata) pływał na statkach po między innymi po Europie, ale znudziło mu się takie życie i postanowił, że czas na studia MBA, tak znalazł się na MDI.
Plan był taki, że do Delhi pojedziemy komunikacją miejską, ale w efekcie skończyło się na samochodzie siostry Vaibhava. Spod MDI rikszą rowerową pojechaliśmy do mieszkania siostry (3 pokoje z kuchnią na zamkniętym osiedlu), a dalej samochodem na Connaught Palce. Po drodze zastanawialiśmy się czy nie zatrzyma nas policja - po zamachach tydzień wcześniej w Delhi wzmożono patrole zwłaszcza w okolicach CP, a Vaibhav za prawojazdy miał tylko świstek upoważniający do jego odbioru na początku października. Na świstku tylko imię (bez nazwiska bez numeru dokumentu - po prostu nic), ale widać taki świstek wystarcza, by zweryfikować toższamość osobnika przy odbiorze. To, że Vaibhav nie miał jeszcze ostatecznego prawojazdy nie oznacza, że samochodem jeździł tylko na kursie. W Indiach samochodem jeździ się najpierw bez prawojazdy, potem z tzw. learner's driving licence, a na koniec z prawdziwym prawojadzy. Egzamin polega na tym, że przyjeżdża się własnym samochodem, a egazminator sprawdza czy wiesz, gdzie jest sprzęgło, hamulec i gaz, wyobrażam sobie, że musi to wyglądać mniej więcej jak nasz egzamin na kartę rowerową. Potem zabierają ci twoje dotychczasowe prawojazdy i zostawiają ze świstkiem na miesiąc.
Zaparkowaliśmy przy CP - dalej metrem i rikszą do Red Fort (czyli czerwonego fortu). Z moją indyjską legitymacją udało mi się wejść za indyjską stawkę czyli 15 Rs (zamiast ponad 100Rs). Fort jest duży, ale do zwiedzania udostępniony jest tylko niewielki fragment, resztę zajmuje nie wiem co, najprawdopodobniej jakieś budynki państwowo-wojskowe. Zaraz za bramą, gdzie moja damska torebka zostaje prześwietlona (tak tu torebki nawet damskie sprawdzają wszędzie - w metrze, w świątyniach, w Mallach), zaczyna się uliczka sklepików z towarami o cenach zapewne dwa razy wyższych niż gdziekolwiek indziej (moje przypuszczenie - nie sprawdzałam). Fort jest przyjemny, spokojny o ile nie liczyć całej masy turystów i na pewno warto się tam chociaż raz wybrać, zwłaszcza jeżeli nie widziało się Agry, bo prawidłowość zdaje się być taka, że z dwóch Czerwonych Fortów ten się podoba bardziej, który widziało się jako pierwszy (choć są wyjątki).
Teraz czas na wyjaśnienie tytułu, Akshardham, to nowa świątynia w Delhi, której budowę zakończono 2005 roku. Cała rzecz jest poświęcona Neelkanth'owi Varni, znanemu jako Bhgwan Swaminarayan, guru żyjącemu na przełomie XVIII i XIX wieku. Guru otacza niemalże boska aura, jako chłopiec czyni rzeczy niemożlie - ożywia martwe ryby mocą swojego współczucia (okropny dzieciak zniszczył rybakom pracę całego dnia) i przechodzi boso bez ciepłego odzienia w środku zimy przez Himalaje, a każde miejsce uświęca swoją obecnością. Propaguje spontaniczną radość i bezinteresowną pomoc i chce na siebie wziąć wszelkie cierpienia ludzkość. (Jako pierwszy, jakby Jezus nie zdąrzył już umrzeć za nasze grzechy prawie 1800 lat wcześniej i nie propogował miłości bliźniego, ale może diabeł tkwi w szczegółach, a grzech to nie to samo co cierpienie.) Nazwanie Akshardhamu świątynią, to jednak spore uproszczenie, świątynia, to tylko część całego założenia, reszta ma na celu dalsze przekazywanie i rozpowszechnianie przesłania guru (o spontanicznej radości i bezinteresownej pomocy innym), w sposób jak najbardziej nowoczesny i przyjemny. Za 125Rs od osoby można zwiedzić ekspozycję (są zniżki dla dzieci i osób po 65 roku życia, nie ma dla Hindusów, bo przesłanie jest uniwersalne :P). Zajmuje to ponad 2 godziny, ale moim zdaniem warto - bo wśrodku jest jak w Disnaylandzie. Najpierw czeka nas kilka sal, z krótkimi pokazami - inscenizacjami, w których obok dźwięku i światła wykorzystane są też ruchome figury naturalnych rozmiarów. Potem oglądamy 40 minutowy film na ekranie formatu IMAX (sala wypełniona po brzegi, nie przesadzam), o tym jak Neelkanth zostaje guru (film kręcony w 108 różnych miejscach w Indiach z udziałem ponad 45000 osób - to się nazywa rozmach). Na koniec czeka nas przejadżka łódką (pod dachem), podczas której pokrótce zostaje przedstawiona historia myśli indyjskiej (łącznie z twierdzeniem Pitagorasa x stuleci przed Pitagorasem itd.). Nie da się ukryć, że wszystko jest do bólu propagandowe, ale jak ktoś ma zamiar spędzić w Delhi trochę więcej czasu, to warto się do Akshardham, choćby by zobaczyć, że nie tylko kaplica czasek może być atrakcją turystyczną.
Zanim opiszę co robiłam podczas Summer Placement Activity (SPA) kilka słów o tym co robiłam w weekend po Jaisalmerze i po tym jak w końcu wykurowałam się z moim gardłem, czyli będzie w zasadzie o mojej niedzielnej wyprawie do Delhi z Vaibhav'em.
Vaibhav jest na MDI studentem drugiego roku i razem robimy Financial Risk Management, czyli przedmiot, na którym ja z regóły wiem co, ale nie wiem jak, choć czasami to nawet nie wiem co i jak się robi. FRM miało jakiś poprzednik w zeszłym semestrze, ale nie wszyscy go robili, w tym ja z prostej przyczyny, że mnie na MDI nie było. FRM robię chyba tylko dlatego, że mi pasuje do grafiku, stanowi pewne wyzwanie, czegoś może się nauczę skoro już tu siedzę :).
Wracając do mojego towarzysza niedoli i przewodnika po Delhi. Vaibhav wychował się w Nigerii, ale cała rodzina jakiś czas temu opóściła ten kraj w obawie przed wojną i zamieszkami i powróciła do Indii. Vaibhav jest inżynierem morskim i przez jakiś czas (3-4 lata) pływał na statkach po między innymi po Europie, ale znudziło mu się takie życie i postanowił, że czas na studia MBA, tak znalazł się na MDI.
Plan był taki, że do Delhi pojedziemy komunikacją miejską, ale w efekcie skończyło się na samochodzie siostry Vaibhava. Spod MDI rikszą rowerową pojechaliśmy do mieszkania siostry (3 pokoje z kuchnią na zamkniętym osiedlu), a dalej samochodem na Connaught Palce. Po drodze zastanawialiśmy się czy nie zatrzyma nas policja - po zamachach tydzień wcześniej w Delhi wzmożono patrole zwłaszcza w okolicach CP, a Vaibhav za prawojazdy miał tylko świstek upoważniający do jego odbioru na początku października. Na świstku tylko imię (bez nazwiska bez numeru dokumentu - po prostu nic), ale widać taki świstek wystarcza, by zweryfikować toższamość osobnika przy odbiorze. To, że Vaibhav nie miał jeszcze ostatecznego prawojazdy nie oznacza, że samochodem jeździł tylko na kursie. W Indiach samochodem jeździ się najpierw bez prawojazdy, potem z tzw. learner's driving licence, a na koniec z prawdziwym prawojadzy. Egzamin polega na tym, że przyjeżdża się własnym samochodem, a egazminator sprawdza czy wiesz, gdzie jest sprzęgło, hamulec i gaz, wyobrażam sobie, że musi to wyglądać mniej więcej jak nasz egzamin na kartę rowerową. Potem zabierają ci twoje dotychczasowe prawojazdy i zostawiają ze świstkiem na miesiąc.
Zaparkowaliśmy przy CP - dalej metrem i rikszą do Red Fort (czyli czerwonego fortu). Z moją indyjską legitymacją udało mi się wejść za indyjską stawkę czyli 15 Rs (zamiast ponad 100Rs). Fort jest duży, ale do zwiedzania udostępniony jest tylko niewielki fragment, resztę zajmuje nie wiem co, najprawdopodobniej jakieś budynki państwowo-wojskowe. Zaraz za bramą, gdzie moja damska torebka zostaje prześwietlona (tak tu torebki nawet damskie sprawdzają wszędzie - w metrze, w świątyniach, w Mallach), zaczyna się uliczka sklepików z towarami o cenach zapewne dwa razy wyższych niż gdziekolwiek indziej (moje przypuszczenie - nie sprawdzałam). Fort jest przyjemny, spokojny o ile nie liczyć całej masy turystów i na pewno warto się tam chociaż raz wybrać, zwłaszcza jeżeli nie widziało się Agry, bo prawidłowość zdaje się być taka, że z dwóch Czerwonych Fortów ten się podoba bardziej, który widziało się jako pierwszy (choć są wyjątki).
Teraz czas na wyjaśnienie tytułu, Akshardham, to nowa świątynia w Delhi, której budowę zakończono 2005 roku. Cała rzecz jest poświęcona Neelkanth'owi Varni, znanemu jako Bhgwan Swaminarayan, guru żyjącemu na przełomie XVIII i XIX wieku. Guru otacza niemalże boska aura, jako chłopiec czyni rzeczy niemożlie - ożywia martwe ryby mocą swojego współczucia (okropny dzieciak zniszczył rybakom pracę całego dnia) i przechodzi boso bez ciepłego odzienia w środku zimy przez Himalaje, a każde miejsce uświęca swoją obecnością. Propaguje spontaniczną radość i bezinteresowną pomoc i chce na siebie wziąć wszelkie cierpienia ludzkość. (Jako pierwszy, jakby Jezus nie zdąrzył już umrzeć za nasze grzechy prawie 1800 lat wcześniej i nie propogował miłości bliźniego, ale może diabeł tkwi w szczegółach, a grzech to nie to samo co cierpienie.) Nazwanie Akshardhamu świątynią, to jednak spore uproszczenie, świątynia, to tylko część całego założenia, reszta ma na celu dalsze przekazywanie i rozpowszechnianie przesłania guru (o spontanicznej radości i bezinteresownej pomocy innym), w sposób jak najbardziej nowoczesny i przyjemny. Za 125Rs od osoby można zwiedzić ekspozycję (są zniżki dla dzieci i osób po 65 roku życia, nie ma dla Hindusów, bo przesłanie jest uniwersalne :P). Zajmuje to ponad 2 godziny, ale moim zdaniem warto - bo wśrodku jest jak w Disnaylandzie. Najpierw czeka nas kilka sal, z krótkimi pokazami - inscenizacjami, w których obok dźwięku i światła wykorzystane są też ruchome figury naturalnych rozmiarów. Potem oglądamy 40 minutowy film na ekranie formatu IMAX (sala wypełniona po brzegi, nie przesadzam), o tym jak Neelkanth zostaje guru (film kręcony w 108 różnych miejscach w Indiach z udziałem ponad 45000 osób - to się nazywa rozmach). Na koniec czeka nas przejadżka łódką (pod dachem), podczas której pokrótce zostaje przedstawiona historia myśli indyjskiej (łącznie z twierdzeniem Pitagorasa x stuleci przed Pitagorasem itd.). Nie da się ukryć, że wszystko jest do bólu propagandowe, ale jak ktoś ma zamiar spędzić w Delhi trochę więcej czasu, to warto się do Akshardham, choćby by zobaczyć, że nie tylko kaplica czasek może być atrakcją turystyczną.
Summer Placement Activity
...czyli coś gorszego niż sesja.
W kraju nad Wisłą przyzwyczailiśmy się do tego, że praktyk wakacyjnych się szuka. Więc każdy student, któremu się marzą wakacje za biurkiem lub, który z powodów finansowych w ten sposób wakacje spędzić musi, wysyła gdzie tylko może CV, listy motywacyjne, wypełnia formularze i ma nadzieje, że jakaś firma na praktyki go przyjmie.
W Indiach cały system działa odwrotnie - praca szuka praktykantów. W tym celu firmy przychodzą na uczelnię, wszystkie w określonym terminie, a studenci - na MDI jest to pierwszy rok programów post-graduate - muszą przez kilka dni pod rząd wypełniać testy, chodzić na rozmowy i siedzieć godzinami pod krawatem. Najlepsi dostają się zazwyczaj pierwszego lub drugiego dnia, jednak spora część startujących do wyścigu miejsca na praktykach sobie nie zapewni - Ci muszą czekać czasami nawet do lutego na jakieś wolne miejsca, albo szukać na własną rękę. Dla wielu studentów cała ta zabawa, to czas gorszy niż sesja. Z resztą sesja na MDI wygląda trochę inaczej - bo mamy mid-term and finall exams (egazmin półsemestralny i semestralny), rok jest podzielony na trzy semestry (trymesty), a cały program trwa dwa lata i jest odpowiednikiem naszego dwuletniego MBA względnie studiów magisterskich. Wynika z tego, że w ciągu całych studiów na MDI sesję ma się 12 razy, sesję poprzedzoną prezentacjami projektów semestralnych. MDI prowadzi wyłącznie studia post-graduate, co oznacza tylko tyle, że są tu ludzie, którzy ukończyli coś co w uproszczeniu jest odpowiednikiem naszego licencjata. Jak na Indie przystało są to w większości inżynierowie różnego rodzaju, choć nie tylko, bo zdarzają się osoby po biologii czy socjologii (w większości dziewczyny).
Summer Placement Activity to dla exchangów czas odpoczynku, mimo że miejsc na praktykach poszukuje w zasadzie tylko pierwszy rok, to drugi rok dzielnie mu w tym sekunduje i przy okazji organizuje całą akcję. Efekt tego jest taki, że zajęć nie ma a ludzie z wymiany mogą sobie pojechać na dłuższy wypoczynek.
W kraju nad Wisłą przyzwyczailiśmy się do tego, że praktyk wakacyjnych się szuka. Więc każdy student, któremu się marzą wakacje za biurkiem lub, który z powodów finansowych w ten sposób wakacje spędzić musi, wysyła gdzie tylko może CV, listy motywacyjne, wypełnia formularze i ma nadzieje, że jakaś firma na praktyki go przyjmie.
W Indiach cały system działa odwrotnie - praca szuka praktykantów. W tym celu firmy przychodzą na uczelnię, wszystkie w określonym terminie, a studenci - na MDI jest to pierwszy rok programów post-graduate - muszą przez kilka dni pod rząd wypełniać testy, chodzić na rozmowy i siedzieć godzinami pod krawatem. Najlepsi dostają się zazwyczaj pierwszego lub drugiego dnia, jednak spora część startujących do wyścigu miejsca na praktykach sobie nie zapewni - Ci muszą czekać czasami nawet do lutego na jakieś wolne miejsca, albo szukać na własną rękę. Dla wielu studentów cała ta zabawa, to czas gorszy niż sesja. Z resztą sesja na MDI wygląda trochę inaczej - bo mamy mid-term and finall exams (egazmin półsemestralny i semestralny), rok jest podzielony na trzy semestry (trymesty), a cały program trwa dwa lata i jest odpowiednikiem naszego dwuletniego MBA względnie studiów magisterskich. Wynika z tego, że w ciągu całych studiów na MDI sesję ma się 12 razy, sesję poprzedzoną prezentacjami projektów semestralnych. MDI prowadzi wyłącznie studia post-graduate, co oznacza tylko tyle, że są tu ludzie, którzy ukończyli coś co w uproszczeniu jest odpowiednikiem naszego licencjata. Jak na Indie przystało są to w większości inżynierowie różnego rodzaju, choć nie tylko, bo zdarzają się osoby po biologii czy socjologii (w większości dziewczyny).
Summer Placement Activity to dla exchangów czas odpoczynku, mimo że miejsc na praktykach poszukuje w zasadzie tylko pierwszy rok, to drugi rok dzielnie mu w tym sekunduje i przy okazji organizuje całą akcję. Efekt tego jest taki, że zajęć nie ma a ludzie z wymiany mogą sobie pojechać na dłuższy wypoczynek.
Wednesday, September 17, 2008
Jaisalmer
mnie zaskoczył, przede wszystkim tym, że był malutki, i że wszędzie można było się dostać na piechotę w dosłownie kilka minut, a jeżeli coś było trochę dalej, to zawsze można było się tam dostać motorikszą. W Jaisalmerze program zwiedzania ograniczył się do włóczenia się po mieście i forcie i do noclegu na pustyni, co było przyjemne i dość zbieżne z moim sposobem poznawania nowych miejsc. Czyli powoli, spokojnie, bez pośpiechu, jak czegoś nie zobaczę to trudno, lepiej po prostu zaprzyjaźnić się z miejscem. Można też obczaić sklepik z pysznymi ręcznie robionymi słodyczami, czyli kupić pudełeczko słodkości (60Rs) w Dhanraj Ranmal Bhatia - za każdym razem, jak przechodziłam obok ktoś kupował, więc postanowiłam dołączyć do grona kupujących zgodnie z zasadą, że miejscowi wiedzą co dobre, jak na razie mój układ pokarmowy nie protestuje przed zawartością, więc chyba można polecić. (Sklepik jest też w LP właśnie sprawdziłam :))
W Jaisalmerze nie zwiedzałam pałacu Maharadży, świątyń Dżinijskich (tylko jedną w okolicy, w drodze na pustynię), haveli, o których to atrakcjach informuje Lonely Planet, czyli podstawa miejscowego marketingu. Na podstawie samych tylko tabliczek z informacją "recomended by Lonely Planet" możnaby najprawdopodobniej odtworzyć zawartość przewodnika, przynajmniej jeśli chodzi o Jaisalmer. Na LP jednak nie kończy się miejscowy marketing, jeżeli nie zarezerwowałeś/łaś wcześniej hotelu, to jeszcze w pociągu "dorwie" cię jeden z miejscowych właścicieli i zacznie wychwalać zalety swojego przybytku, przede wszystkim to, że jest tani, bo nie jest, jeszcze nie jest w LP. Na pytanie dlaczego nie jest dowiesz się, że hotel jest nowy, więc jeszcze nikt nie zdąrzył o nim napisać, jakby wystarczającą odpowiedzią nie było to, że w Jaisalmerze holetlików jest od groma i ciut ciut, a w LP wymienionych jest tylko kilkanaście - te, które ktoś sprawdził albo i nie, różnie to bywa. Hoteliki pociągowe są ani gorsze ani lepsze i czasem warto się na nie zdać i pojechać z dworca zanim przed wyjściem z wagonu a potem z dworca dopadnie Cię zgraja właścicieli i naganiaczy, przekrzykująca się, niemalże wciągająca cię do samochodu, wykorzystująca "białych" siedzących już w aucie jako element marketingowy i dosłownie walcząca, o każdego klienta. Jeżeli ktoś po tym wszystkim jeszcze nie znalazł się w hotelu, to rikszarz i tak najprawdopodobniej zabierze go, tam gdzie mu płacą największą prowizję.
Wyprawa na pustynię dla 9 osób po 700Rs łącznie z przyrządzoną na pustyni kolacją i śniadaniem, oraz dowma dużymi baniakami wody i nauką jazdy na wielbłądzie, który i tak zna drogę ('kamel daz now we wej'), i w przypadku którego największy problem polegał na tym by w czasie drogi zbyt często nie robił sobie drobnych przekąsek. Tak na marginesie, gdyby ktoś chciał się zdecydować na zakup, wielbłąd kosztuje około 20 000Rs (dla porównania żona muzułmańska 100 000Rs).
W Jaisalmerze nie zwiedzałam pałacu Maharadży, świątyń Dżinijskich (tylko jedną w okolicy, w drodze na pustynię), haveli, o których to atrakcjach informuje Lonely Planet, czyli podstawa miejscowego marketingu. Na podstawie samych tylko tabliczek z informacją "recomended by Lonely Planet" możnaby najprawdopodobniej odtworzyć zawartość przewodnika, przynajmniej jeśli chodzi o Jaisalmer. Na LP jednak nie kończy się miejscowy marketing, jeżeli nie zarezerwowałeś/łaś wcześniej hotelu, to jeszcze w pociągu "dorwie" cię jeden z miejscowych właścicieli i zacznie wychwalać zalety swojego przybytku, przede wszystkim to, że jest tani, bo nie jest, jeszcze nie jest w LP. Na pytanie dlaczego nie jest dowiesz się, że hotel jest nowy, więc jeszcze nikt nie zdąrzył o nim napisać, jakby wystarczającą odpowiedzią nie było to, że w Jaisalmerze holetlików jest od groma i ciut ciut, a w LP wymienionych jest tylko kilkanaście - te, które ktoś sprawdził albo i nie, różnie to bywa. Hoteliki pociągowe są ani gorsze ani lepsze i czasem warto się na nie zdać i pojechać z dworca zanim przed wyjściem z wagonu a potem z dworca dopadnie Cię zgraja właścicieli i naganiaczy, przekrzykująca się, niemalże wciągająca cię do samochodu, wykorzystująca "białych" siedzących już w aucie jako element marketingowy i dosłownie walcząca, o każdego klienta. Jeżeli ktoś po tym wszystkim jeszcze nie znalazł się w hotelu, to rikszarz i tak najprawdopodobniej zabierze go, tam gdzie mu płacą największą prowizję.
![]() |
| From Jaisalmer |
Wyprawa na pustynię dla 9 osób po 700Rs łącznie z przyrządzoną na pustyni kolacją i śniadaniem, oraz dowma dużymi baniakami wody i nauką jazdy na wielbłądzie, który i tak zna drogę ('kamel daz now we wej'), i w przypadku którego największy problem polegał na tym by w czasie drogi zbyt często nie robił sobie drobnych przekąsek. Tak na marginesie, gdyby ktoś chciał się zdecydować na zakup, wielbłąd kosztuje około 20 000Rs (dla porównania żona muzułmańska 100 000Rs).
Indyjskie koleje czyli podstawowe różnice mędzy 3AC a 2AC
i dlaczego 2AC = "snobs class".
Poprzedni weekend spędziłam w Jaisalmerze, co pozwoliło mi na dokonanie kilku odkryć i poczynienie kilku ciekawych obserwacji, ale przede wszystkim umożliwiło mi zaznajomienie się z kolejami indysjkimi. Na razie tylko z 2AC (wzrokowo) i 3AC (doświadczalnie), ale mam nadzieję, że to dopiero początek.
Żeby zaznajomić się z indyjskimi kolejami, trzeba najpierw kupić bilet. Najłatwiej chyba internetowo - http://www.irctc.co.in/ przy czym najpierw trzeba się zarejestrować i wypełnić przydługi formularz, potem można już kupować bilety dla max 6 osób podróżujących razem (przy czym tylko jedna z nich musi mieć przy sobie paszport - którego i tak nikt potem nie sprawdza). Nie zawsze ma się od razu miejsce, częściej kupuje się bilet WL (wiating list), a potem na miejscu idzie do okienka i ma przydzielone łóżko, ciekawe tylko, co się dzieje, gdy na miejscu też nie ma miejsc? Za bilet trzeba zapłacić kartą - kredytową lub debetową jak kto woli, mnie zajęło trochę czasu nim doszłam, z której bramki mogę zapłacić moją Citibank Visa (nie ma osobnej bramki dla Citibanku :(), ale w końcu się udało i zostałam dumną właścicielką dwóch biletów (tam i spowrotem kupuje się oddzielnie) na pociąg na odcinku Gurgaon-Jaisalmer 890km=18h w jedną stronę, w wagonie 3AC, całkowity koszt 101zł=1800Rs (w dwie strony).
Teraz czym się różni 2AC od 3AC:
- 2AC to lodówka, 3AC to przyjemny chłodek, choć momentami też robi się zimno.
- 2AC ma łóżka na stałe, w 3AC tylko górne łóżko jest na stałe, w zasadzie dolne też, tylko, że w ciągu dnia służy za ławkę do siedzenia, podczas gdy środkowe zazwyczaj robi za oparcie.
- w 2AC nie ma środkowego łóżka za to są firanki, więc ma się odrobinę prywatności, która w warunkach pociągowych jest zupełnie zbędna. Firanki pozwalają jednak zniwelować konflikt pt. ja chcę czytać, sąsiad chce spać.
- w 2 AC prywatność zyskuje się kosztem przedziałowej integracji - nie ma wspólnej ławki do siedzenia, co minimalizuje możliwość dostania darmowej domowej kolacji, tego, że ktoś ci postawi chai i poczęstuje ciasteczkiem rano, przyjemnej pogawędki w międzynarodowym towarzystwie (hiszpańsko-indyjsko-polskim), spotkania dwójki sąsiadów zza południowej granicu spędzających wakacje w podróży po Indiach, etc.
- różnica między 2AC i 3AC, to też dodatkowe około 35%, które trzeba zapłacić, co stanowi równowartość noclegu w turystycznym hoteliku i dobrego obiadu.
Jak na razie jestem bardzo zadowolona z 3AC, ale o ile tylko nadarzy mi się okazja i towarzystwo postaram się zapoznać z urokami znacznie tańszego sleepera, 3AC jest bezpieczne i dobre na samotne lub quasi-samotne (czyli wszyscy w różnych częściach wagonu/wagonach) podróże, ale mam pewne podejrzenia, że AC to jednak nie to co lubię najbardziej, bo z tego całego AC teraz mam zapalenie gardła.
Poprzedni weekend spędziłam w Jaisalmerze, co pozwoliło mi na dokonanie kilku odkryć i poczynienie kilku ciekawych obserwacji, ale przede wszystkim umożliwiło mi zaznajomienie się z kolejami indysjkimi. Na razie tylko z 2AC (wzrokowo) i 3AC (doświadczalnie), ale mam nadzieję, że to dopiero początek.
Żeby zaznajomić się z indyjskimi kolejami, trzeba najpierw kupić bilet. Najłatwiej chyba internetowo - http://www.irctc.co.in/ przy czym najpierw trzeba się zarejestrować i wypełnić przydługi formularz, potem można już kupować bilety dla max 6 osób podróżujących razem (przy czym tylko jedna z nich musi mieć przy sobie paszport - którego i tak nikt potem nie sprawdza). Nie zawsze ma się od razu miejsce, częściej kupuje się bilet WL (wiating list), a potem na miejscu idzie do okienka i ma przydzielone łóżko, ciekawe tylko, co się dzieje, gdy na miejscu też nie ma miejsc? Za bilet trzeba zapłacić kartą - kredytową lub debetową jak kto woli, mnie zajęło trochę czasu nim doszłam, z której bramki mogę zapłacić moją Citibank Visa (nie ma osobnej bramki dla Citibanku :(), ale w końcu się udało i zostałam dumną właścicielką dwóch biletów (tam i spowrotem kupuje się oddzielnie) na pociąg na odcinku Gurgaon-Jaisalmer 890km=18h w jedną stronę, w wagonie 3AC, całkowity koszt 101zł=1800Rs (w dwie strony).
Teraz czym się różni 2AC od 3AC:
- 2AC to lodówka, 3AC to przyjemny chłodek, choć momentami też robi się zimno.
- 2AC ma łóżka na stałe, w 3AC tylko górne łóżko jest na stałe, w zasadzie dolne też, tylko, że w ciągu dnia służy za ławkę do siedzenia, podczas gdy środkowe zazwyczaj robi za oparcie.
- w 2AC nie ma środkowego łóżka za to są firanki, więc ma się odrobinę prywatności, która w warunkach pociągowych jest zupełnie zbędna. Firanki pozwalają jednak zniwelować konflikt pt. ja chcę czytać, sąsiad chce spać.
- w 2 AC prywatność zyskuje się kosztem przedziałowej integracji - nie ma wspólnej ławki do siedzenia, co minimalizuje możliwość dostania darmowej domowej kolacji, tego, że ktoś ci postawi chai i poczęstuje ciasteczkiem rano, przyjemnej pogawędki w międzynarodowym towarzystwie (hiszpańsko-indyjsko-polskim), spotkania dwójki sąsiadów zza południowej granicu spędzających wakacje w podróży po Indiach, etc.
- różnica między 2AC i 3AC, to też dodatkowe około 35%, które trzeba zapłacić, co stanowi równowartość noclegu w turystycznym hoteliku i dobrego obiadu.
Jak na razie jestem bardzo zadowolona z 3AC, ale o ile tylko nadarzy mi się okazja i towarzystwo postaram się zapoznać z urokami znacznie tańszego sleepera, 3AC jest bezpieczne i dobre na samotne lub quasi-samotne (czyli wszyscy w różnych częściach wagonu/wagonach) podróże, ale mam pewne podejrzenia, że AC to jednak nie to co lubię najbardziej, bo z tego całego AC teraz mam zapalenie gardła.
Monday, September 8, 2008
Plan zajęć
Mam już mój plan zajęć na najbliżez 3 miesiące.
- pniedziałeek 10:15 Management of Services i Issuuse in Rural Marketing
- wtorek 8:30 (pora nieludzka, ale trudno) Mergers and Aquisitions, potem Management of Banking and Financial Institutions, a po lunchu o 16 -2x Financial Risk Management, czyli długi męczący dzień na MDI, za to
- w środę mam tylko IRM (10:15)
- a w czwartek znowu od 8:30 po kolei M&A, MBFI i MOS
Weekend zaczynam w czwartek po lunchu, więc nie jest źle.
Teraz pierwsze wrażenia
MOS - pani mówi angielskim, który bez problemów może być zrozumiany również przez exchangów, a mottem kursu ma przede wszystkim pokazać nam, że marketing usłóg różni się od marketingu towarów.
IRM - częścią tych zajęć ma być praca w terenie wiejskim, a pan prof. z góry nam (wszystkim nie tylko exchangom) zapowiedział, że dziewczyny na wycieczką mają ubrać się tradycyjnie, a jak mają w szafie tylko europejskie ciuchy, to mogą zaiwestować w coś indyjskiego. Prof. obiecał nam (tym razem już exchangom), że da nam dodatkowe materiały, żebyśmy mogli się zorientować, jak działa indyjska wieś.
- pniedziałeek 10:15 Management of Services i Issuuse in Rural Marketing
- wtorek 8:30 (pora nieludzka, ale trudno) Mergers and Aquisitions, potem Management of Banking and Financial Institutions, a po lunchu o 16 -2x Financial Risk Management, czyli długi męczący dzień na MDI, za to
- w środę mam tylko IRM (10:15)
- a w czwartek znowu od 8:30 po kolei M&A, MBFI i MOS
Weekend zaczynam w czwartek po lunchu, więc nie jest źle.
Teraz pierwsze wrażenia
MOS - pani mówi angielskim, który bez problemów może być zrozumiany również przez exchangów, a mottem kursu ma przede wszystkim pokazać nam, że marketing usłóg różni się od marketingu towarów.
IRM - częścią tych zajęć ma być praca w terenie wiejskim, a pan prof. z góry nam (wszystkim nie tylko exchangom) zapowiedział, że dziewczyny na wycieczką mają ubrać się tradycyjnie, a jak mają w szafie tylko europejskie ciuchy, to mogą zaiwestować w coś indyjskiego. Prof. obiecał nam (tym razem już exchangom), że da nam dodatkowe materiały, żebyśmy mogli się zorientować, jak działa indyjska wieś.
Delhi
W niedzielę z dwójką Niemców Janą, moją współlokatorką i Antonio (pół-Hiszpan pół-Niemiec), który na MDI przyjechał na 2 semestry i w ciągu pierwszego zdążył się już mniej więcej zorientować co i jak. Do Delhi pojechaliśmy komunikacją miejską, natomiast po Delhi przemieszczaliśmy się metrem i moto-rikszą. Metro w Delhi zwłaszcza na połódnie od Rajiv Chowk i India Gate jest wszechobecne - przede wszystkim w postaci niebieskiego ogrodzenia z napisem Delhi Metro. Merto powstaje chyba jednocześnie na całej planowanej lini, budowane jest pod ziemią w centrum, w Gurgaon natomiast będzie na estakadzie nad Mehrauli Rd - "ulicą Mall-i".

Delhi nie gryzie, to pierwsza myśl, druga myśl jest taka, że w Delhi ludzie są sympatyczni, rikszarz będzie cię przez pół godziny nagabywał, żebyś jednak wsiadł/wsiadła zamiast iść 2 km odcinek Rajpath na piechotę, ale jak odmówisz nie skrzywi się i nie zacznie kląć na czym świat stoi. Miłe jest także, to że zawsze znajdzie się ktoś, by z tobą pogadać - w sklepie, na ulicy, Hindusi do perfekcji opanowali tzw. small taks, ale od pogody i tematów, gdzie byłeś, co widziałeś, wolą 'wer ar ju from'?
Ktoś mi kiedyś mówił, że rikszarze najbardziej zawyżają ceny w miejscach turystycznych dla białych pasażerów i niewątpliwie jest to prawda, założenie jest takie, że jak białego znajdziesz w nietypowym miejscu, to istnieje spore prawodpodobieństwo, że ten biały mniej więcej zna ceny i będzie się targował.
Delhi nie gryzie, to pierwsza myśl, druga myśl jest taka, że w Delhi ludzie są sympatyczni, rikszarz będzie cię przez pół godziny nagabywał, żebyś jednak wsiadł/wsiadła zamiast iść 2 km odcinek Rajpath na piechotę, ale jak odmówisz nie skrzywi się i nie zacznie kląć na czym świat stoi. Miłe jest także, to że zawsze znajdzie się ktoś, by z tobą pogadać - w sklepie, na ulicy, Hindusi do perfekcji opanowali tzw. small taks, ale od pogody i tematów, gdzie byłeś, co widziałeś, wolą 'wer ar ju from'?
Ktoś mi kiedyś mówił, że rikszarze najbardziej zawyżają ceny w miejscach turystycznych dla białych pasażerów i niewątpliwie jest to prawda, założenie jest takie, że jak białego znajdziesz w nietypowym miejscu, to istnieje spore prawodpodobieństwo, że ten biały mniej więcej zna ceny i będzie się targował.
Gurgaon - pierwsze kroki
Piątek i sobotę w większości spędziłam w Gurgaon, odwiedzając znany wszystkim studentom MDI sektor 14 (15Rs = 80gr - rikszą rowerową) i centra handlowe - nie wiem ile ich dokładnie jest, ja na razie naliczyłam 5 z czego byłam w 3. O centrach handlowych już wspominałam, dodać mogę tylko, że w Sahara Mall jest supermarket (co nie jest regułą) Big Bazzar, gdzie dostać można praktycznie wszystko, od ciuchów przez różnego rodzaju produkty gospodarstwa domowego, po artykuły spożywcze. Z dobrych rzeczy w Sahara Mall zaraz - przed kasami na piętrze można dostać pyszne i bezpieczne kulfi - bezpieczne, bo w Mallu, bo zjadłam i żyję, bo przede mną kupowało je 10 hindusów, a oni by nie kupowali tego, co jadalne nie jest.
http://www.buka.livenet.pl/voyage/indie/
Gdyby ktoś wpadł do Gurgaon, to dobre jedzenie, a przede wszystkim bezpieczne jest w Karim's, muzułmańska restauracja, niestety nie wiem, w którym sektorze za 1800Rs (100 zł) z szóstkę (ja, Marta - która właśnie skończyła swój semestr na MDI, Radek z Bogną, Paweł - który z kolei spędzał w Gurgaon wakacje pracując dla jakiegoś NGOs-a i Maciek=południe Indii w 14 dni z czego 3 noce nie w pociągu). Gdzie indiej można się podobno objeść za 150RS od osoby (porcja dla dużego chłopa), ale w Karim's lassi podali mi bez proszenia bez lodu (czyli 100% bezpieczne).
http://www.buka.livenet.pl/voyage/indie/
Friday, September 5, 2008
Dzień pierwszy
Miła niespodzianka, żeby mieć internet w MDI wcale nie trzeba łazić po kabelek, można po prostu usiąść z laptopem na stołówce - jest WiFi i to takie, które nic sobie nie robi z przerw w dostawach energii. :) Po kabelek swoją drogą i tak się wybiorę w przyszłym tygodniu, bo zawsze wygodniej mieć internet w pokoju niż w tzw. przestrzeni publicznej - na stołówce nie pogadam sobie głośno przez Skype'a.
Jest gorąco, a nawet bardzo gorąco i parno, ale do się przeżyć, zwłaszcza jak się siedzi koło pracującego wentylatora. O dziwo można nawet w tej temperturze jakoś funkcjonować. Można pojechać do sektora 14 (i zrobić tam zakupy) oraz do Malli handlowych, gdzie generalnie można kupić to co w polskim centrum handlowym :). Jedno wiem z ciuchami nie będę miała żadnego problemu, moich ukochanych bluzeczek z krótkim rękawkiem i kołnierzykiem jest zatrzęsienie, są też rzeczy bardziej indyjskie, ale na razie stwierdziłam, że się wygłupiać nie będę i zostanę przy stroju europejskim. :) Chyba tak lepiej, zwłaszcza, że strój europejski, przynajmniej wśród klas zamożniejszych jest równie popularny (a może nawet bardziej) niż indyjski, więc co mam być taka hup siup do przodu :P.
Skoro już się przyznałam, że coś tam kupiłam 3 książki, okulary przeciwsłoneczne (najdroższe ze wszystkiego, bo prawie 2500 rupii, ale chciałam sobie kupić porządne, a stare zostawiłam w czwartek w FOR) i kolczyki - srebrne kółka z taką fajną zwisającą kuleczką.
Proszę się nie dziwić, że piszę głównie o sobie, podobno kobiety tak mają, że o sobie głównie piszą. Obiecuję, że na przyszłość się poprawię. :)
Z miłych zaskoczeń w Gurgaon nie gapią się, aż tak na białego człowieka. W Mallach ceny są podane z góry i w miarę rozsądne. :) W małej księgarence w 14 sektorze mogłam zapłacić kartą :). Przy zapłacie kartą debetową chcą od człowieka i pin i podpis, a przy większych płatnościach kartą kredytową chcą od człowieka imię, nazwisko i numer kontaktowy - tak samo było jak z mamą byłyśmy w Indiach ponad rok temu. :) Może bez numeru kontaktowego, ale nie pamiętam dokładnie.
Jest gorąco, a nawet bardzo gorąco i parno, ale do się przeżyć, zwłaszcza jak się siedzi koło pracującego wentylatora. O dziwo można nawet w tej temperturze jakoś funkcjonować. Można pojechać do sektora 14 (i zrobić tam zakupy) oraz do Malli handlowych, gdzie generalnie można kupić to co w polskim centrum handlowym :). Jedno wiem z ciuchami nie będę miała żadnego problemu, moich ukochanych bluzeczek z krótkim rękawkiem i kołnierzykiem jest zatrzęsienie, są też rzeczy bardziej indyjskie, ale na razie stwierdziłam, że się wygłupiać nie będę i zostanę przy stroju europejskim. :) Chyba tak lepiej, zwłaszcza, że strój europejski, przynajmniej wśród klas zamożniejszych jest równie popularny (a może nawet bardziej) niż indyjski, więc co mam być taka hup siup do przodu :P.
Skoro już się przyznałam, że coś tam kupiłam 3 książki, okulary przeciwsłoneczne (najdroższe ze wszystkiego, bo prawie 2500 rupii, ale chciałam sobie kupić porządne, a stare zostawiłam w czwartek w FOR) i kolczyki - srebrne kółka z taką fajną zwisającą kuleczką.
Proszę się nie dziwić, że piszę głównie o sobie, podobno kobiety tak mają, że o sobie głównie piszą. Obiecuję, że na przyszłość się poprawię. :)
Z miłych zaskoczeń w Gurgaon nie gapią się, aż tak na białego człowieka. W Mallach ceny są podane z góry i w miarę rozsądne. :) W małej księgarence w 14 sektorze mogłam zapłacić kartą :). Przy zapłacie kartą debetową chcą od człowieka i pin i podpis, a przy większych płatnościach kartą kredytową chcą od człowieka imię, nazwisko i numer kontaktowy - tak samo było jak z mamą byłyśmy w Indiach ponad rok temu. :) Może bez numeru kontaktowego, ale nie pamiętam dokładnie.
Thursday, September 4, 2008
W drodze, czyli w Helsinkach
Po pierwsze jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek będzie leciał, gdziekolwiek przez Helsinki i będzie miał w podręcznym laptopa, to dobrze, żeby miał pod ręką również kartę kredytową/debetową - Visa, Mastercard lub American Express. Czas przy laptopie mija istotnie szybciej :), zwłaszcza jak się okarze, że samolot jest opóźniony o jakieś 1:30-2h. Cen za dostęp do sieci bezprzewodowej, to 3euro za 30 min, 5euro - 1h i 8euro - 24h, jest to znacząco mniej niż w automacie i o wiele wygodniej (klawiatura pozioma jest istotnie wygodniejsza od pionowej).
Z dobrych rad z gatunku mądry Polak po szkodzie, nie polecam wkładania pojemniczków z wodą (tych samolotowych) do damskich torobek. Właśnie przeżyłam powódź, najgorzej ucierpiał chyba mój przewodnik Lonely Planet i gdzbiet książki z adresami, położyłam na kratkach niech się suszy.
Lotnisko w Helsinkach w porównaniu do Szeremietiewa, to niebo i ziemia, przestronne, w miarę czyste, nikt nie leży pokotem, alejki są szerokie, okna duże - można podziwiać kołujące samoloty :), czego więcej chcieć.
W samolocie do Helsinek obok mnie (prawie bo jedna znas siedziała przy korytarzu a druga przy oknie) leciała pani, która wybiera się do Ladakhu. :) Zazdroszczę, mnie Ladakh w tym roku nie pisany, bo w grudniu dostać tam się po prostu nie da z uwagi na dużą (bardzo dużą) ilość śniegu.
Tak w zasadzie małam zacząć pisać od jutra, ale że i tak mam dodatkowe 1:30h na lotnisku i zapłaciłam już te 8euro, to zmieniłam nieco moje plany. Tytuł znaczy tyle co 'w Indiach' - Hindustan to drugie obok Bharat, miejscowe okreslenie na Indie, a me, to przedimek, mimo iż w hindi jest zasadniczo za imieniem (ang. postposition) - taki poimek :).
Z dobrych rad z gatunku mądry Polak po szkodzie, nie polecam wkładania pojemniczków z wodą (tych samolotowych) do damskich torobek. Właśnie przeżyłam powódź, najgorzej ucierpiał chyba mój przewodnik Lonely Planet i gdzbiet książki z adresami, położyłam na kratkach niech się suszy.
Lotnisko w Helsinkach w porównaniu do Szeremietiewa, to niebo i ziemia, przestronne, w miarę czyste, nikt nie leży pokotem, alejki są szerokie, okna duże - można podziwiać kołujące samoloty :), czego więcej chcieć.
W samolocie do Helsinek obok mnie (prawie bo jedna znas siedziała przy korytarzu a druga przy oknie) leciała pani, która wybiera się do Ladakhu. :) Zazdroszczę, mnie Ladakh w tym roku nie pisany, bo w grudniu dostać tam się po prostu nie da z uwagi na dużą (bardzo dużą) ilość śniegu.
Tak w zasadzie małam zacząć pisać od jutra, ale że i tak mam dodatkowe 1:30h na lotnisku i zapłaciłam już te 8euro, to zmieniłam nieco moje plany. Tytuł znaczy tyle co 'w Indiach' - Hindustan to drugie obok Bharat, miejscowe okreslenie na Indie, a me, to przedimek, mimo iż w hindi jest zasadniczo za imieniem (ang. postposition) - taki poimek :).
Subscribe to:
Posts (Atom)







