Ostatnią notkę zakończyłam na Shimli, czyli de facto na samym początku naszej wyprawy. Z Shimli wieczorem pojechaliśmy do Rampuru, gdzie przenocowaliśmy w hoteliku bez wody, bo w mieście była awaria, 220Rs za pokój. Kubełek wody, kiedy ma się za sobą nocleg w pociągu, a przed sobą perspektywę nie mycia się przez najbliższych kilka dni, nie jest tym o czym człowiek by marzył, ale po 23 w Indiach (podobnie jak w każdym innym kraju) czasami trudno o coś lepszego. Bierzesz to, co jest albo czekasz do świtu.
Drogę do Bagipul miejscami z trudem można było nazwać wązką, do tej pory nie wiem jak na niej się mieści autobus, ale widać się mieści skoro udało nam się przejechać i to nawet dwa razy :).
Podejrzenia, że kubełek wody będzie ostatnim kubełkiem na najbliższych kilka dni okazały się słuszne w momencie, gdy wieczorem dotarliśmy do Forest Guesthous, który okzał się być w zasadzie miejscem noclegu podczas jatry, corocznej pielgrzymki na Shirhkand Mahadev odbywanej w lipcu i sierpniu, wtedy szlak musi być naprawdę uczęszczany, o czym świadczą pozostawione wzdłóż całej drogi papierki (stwierdzenie, że w górach się nie śmieci zdaje się nie sprawiać na nikim dużego wrażenia), miejsca po obozowiskach, a także doskonałe oznakowanie szlaku. W pozostałym okresie Forest Guesthouse działa w zasadzie na telefon po wcześniejszym umówieniu się.
Dokładny opis wspinaczki mogę chyba pominąć i skoncentrować się na własnych odczuciach (tak kobiety podobno lubią pisać o sobie, więc niech będzie, że o sobie piszę :P), jeżeli komuś zależy na szczegółach to pragnę odesłać do strony
Radka i Bogny, doką z resztą zawsze chętnie odsyłam. :)
Kiedyś przeczytałam (było to, w którymś wydaniu "Podróży"), że w Tatrach w jeden dzień można przejść trzy doliny, a w Himalajach jedną doliną idzie się przez trzy dni i jest to prawda, z tym, że na jedną niezbyt jak na Himalaje wysoką (raptem około 5200m npm) górę trzeba się wspinać też przez 3 dni. Różnice wysokości w Himalajach są zarówno piękne jak i przerażające. Piękne są ponad 100m wysokości wodospady i widok ośnieżonych szczytów w górze i pokrytej lasem doliny w dole. Przerażające, gdy człowiek zaczyna się zastanawiać jak daleko jest od wszelkiej cywilizacji (choć zasięg telefonii komórkowej na trasach pielgrzymkowych jest doskonały, ostatni raz byłam w stanie wysłać smsa na prawie 4000m w okolicach Kali Gati - odsyłam do mapy na stronie Radka), a przede wszystkim jak wysoko musi jeszcze wejść. Ponad 1500 m różnicy wysokości z dużym plecakiem jest już nielada wyczynem, ale to i tak dopiero połowa góry. Dla ścisłości uprzedzę, że na sam Shrikhand Mahadev nie udało nam się wejść, powodów było kilka - ograniczenie czasowe, brak drewna, problemy z aklimatyzacją (choroba wysokościowa zaczyna się od 3500 m npm, a my i tak spędziliśmy dwie noce powyżej tej wysokości), ogólne zmęczenie. To, że w ogóle zaszliśmy tak daleko zawdzięczamy naszemu tragarzowi i przyjacielowi Dinanathowi, który nie dość, że nosił dla nas część sprzętu, to przotrafił przyrządzić pyszny czaj i te jabłka, które miał w swoim worku. :) Poza tym Dinanath zaprosił nas, żebyśmy przenocowali u niego jak będziemy wracać, z czego później skorzystaliśmy. Nocleg w wiosce w Himachal Pradesh, to sama przyjemność, domy w tym rejonie są zbudowane na wysokim podpiwniczewniu, które pełni funkcję składu/obory. Część górna jest zazwyczaj drewniana ze spadzistym dachem. Kuchnia i łazienka, to dwa oddzielne budynki, przy czym łazienka zazwyczaj pozostaje nieużywana (ciekawe po co w takim razie jest?), przyczyna tego jest dość prosta. Jedynym źródłem bierzącej wody jest publiczny kran na głównym "placu" we wsi (czyli raptem jakieś 20-30m od domu), z kranu można przeciągnąć wąż, żeby napełnić banię na dachu łazienki. Problem w tym, że można to zrobić jedynie w nocy, ale po co skoro równie dobrze można przynieść sobie wiaderko wody na indywidualną kompiel.
Trójka dzieci naszego gospodarza, cała trójka chodzi do szkoły :).