Wednesday, September 17, 2008

Jaisalmer

mnie zaskoczył, przede wszystkim tym, że był malutki, i że wszędzie można było się dostać na piechotę w dosłownie kilka minut, a jeżeli coś było trochę dalej, to zawsze można było się tam dostać motorikszą. W Jaisalmerze program zwiedzania ograniczył się do włóczenia się po mieście i forcie i do noclegu na pustyni, co było przyjemne i dość zbieżne z moim sposobem poznawania nowych miejsc. Czyli powoli, spokojnie, bez pośpiechu, jak czegoś nie zobaczę to trudno, lepiej po prostu zaprzyjaźnić się z miejscem. Można też obczaić sklepik z pysznymi ręcznie robionymi słodyczami, czyli kupić pudełeczko słodkości (60Rs) w Dhanraj Ranmal Bhatia - za każdym razem, jak przechodziłam obok ktoś kupował, więc postanowiłam dołączyć do grona kupujących zgodnie z zasadą, że miejscowi wiedzą co dobre, jak na razie mój układ pokarmowy nie protestuje przed zawartością, więc chyba można polecić. (Sklepik jest też w LP właśnie sprawdziłam :))

W Jaisalmerze nie zwiedzałam pałacu Maharadży, świątyń Dżinijskich (tylko jedną w okolicy, w drodze na pustynię), haveli, o których to atrakcjach informuje Lonely Planet, czyli podstawa miejscowego marketingu. Na podstawie samych tylko tabliczek z informacją "recomended by Lonely Planet" możnaby najprawdopodobniej odtworzyć zawartość przewodnika, przynajmniej jeśli chodzi o Jaisalmer. Na LP jednak nie kończy się miejscowy marketing, jeżeli nie zarezerwowałeś/łaś wcześniej hotelu, to jeszcze w pociągu "dorwie" cię jeden z miejscowych właścicieli i zacznie wychwalać zalety swojego przybytku, przede wszystkim to, że jest tani, bo nie jest, jeszcze nie jest w LP. Na pytanie dlaczego nie jest dowiesz się, że hotel jest nowy, więc jeszcze nikt nie zdąrzył o nim napisać, jakby wystarczającą odpowiedzią nie było to, że w Jaisalmerze holetlików jest od groma i ciut ciut, a w LP wymienionych jest tylko kilkanaście - te, które ktoś sprawdził albo i nie, różnie to bywa. Hoteliki pociągowe są ani gorsze ani lepsze i czasem warto się na nie zdać i pojechać z dworca zanim przed wyjściem z wagonu a potem z dworca dopadnie Cię zgraja właścicieli i naganiaczy, przekrzykująca się, niemalże wciągająca cię do samochodu, wykorzystująca "białych" siedzących już w aucie jako element marketingowy i dosłownie walcząca, o każdego klienta. Jeżeli ktoś po tym wszystkim jeszcze nie znalazł się w hotelu, to rikszarz i tak najprawdopodobniej zabierze go, tam gdzie mu płacą największą prowizję.
From Jaisalmer


Wyprawa na pustynię dla 9 osób po 700Rs łącznie z przyrządzoną na pustyni kolacją i śniadaniem, oraz dowma dużymi baniakami wody i nauką jazdy na wielbłądzie, który i tak zna drogę ('kamel daz now we wej'), i w przypadku którego największy problem polegał na tym by w czasie drogi zbyt często nie robił sobie drobnych przekąsek. Tak na marginesie, gdyby ktoś chciał się zdecydować na zakup, wielbłąd kosztuje około 20 000Rs (dla porównania żona muzułmańska 100 000Rs).

Indyjskie koleje czyli podstawowe różnice mędzy 3AC a 2AC

i dlaczego 2AC = "snobs class".

Poprzedni weekend spędziłam w Jaisalmerze, co pozwoliło mi na dokonanie kilku odkryć i poczynienie kilku ciekawych obserwacji, ale przede wszystkim umożliwiło mi zaznajomienie się z kolejami indysjkimi. Na razie tylko z 2AC (wzrokowo) i 3AC (doświadczalnie), ale mam nadzieję, że to dopiero początek.

Żeby zaznajomić się z indyjskimi kolejami, trzeba najpierw kupić bilet. Najłatwiej chyba internetowo - http://www.irctc.co.in/ przy czym najpierw trzeba się zarejestrować i wypełnić przydługi formularz, potem można już kupować bilety dla max 6 osób podróżujących razem (przy czym tylko jedna z nich musi mieć przy sobie paszport - którego i tak nikt potem nie sprawdza). Nie zawsze ma się od razu miejsce, częściej kupuje się bilet WL (wiating list), a potem na miejscu idzie do okienka i ma przydzielone łóżko, ciekawe tylko, co się dzieje, gdy na miejscu też nie ma miejsc? Za bilet trzeba zapłacić kartą - kredytową lub debetową jak kto woli, mnie zajęło trochę czasu nim doszłam, z której bramki mogę zapłacić moją Citibank Visa (nie ma osobnej bramki dla Citibanku :(), ale w końcu się udało i zostałam dumną właścicielką dwóch biletów (tam i spowrotem kupuje się oddzielnie) na pociąg na odcinku Gurgaon-Jaisalmer 890km=18h w jedną stronę, w wagonie 3AC, całkowity koszt 101zł=1800Rs (w dwie strony).

Teraz czym się różni 2AC od 3AC:
- 2AC to lodówka, 3AC to przyjemny chłodek, choć momentami też robi się zimno.
- 2AC ma łóżka na stałe, w 3AC tylko górne łóżko jest na stałe, w zasadzie dolne też, tylko, że w ciągu dnia służy za ławkę do siedzenia, podczas gdy środkowe zazwyczaj robi za oparcie.
- w 2AC nie ma środkowego łóżka za to są firanki, więc ma się odrobinę prywatności, która w warunkach pociągowych jest zupełnie zbędna. Firanki pozwalają jednak zniwelować konflikt pt. ja chcę czytać, sąsiad chce spać.
- w 2 AC prywatność zyskuje się kosztem przedziałowej integracji - nie ma wspólnej ławki do siedzenia, co minimalizuje możliwość dostania darmowej domowej kolacji, tego, że ktoś ci postawi chai i poczęstuje ciasteczkiem rano, przyjemnej pogawędki w międzynarodowym towarzystwie (hiszpańsko-indyjsko-polskim), spotkania dwójki sąsiadów zza południowej granicu spędzających wakacje w podróży po Indiach, etc.
- różnica między 2AC i 3AC, to też dodatkowe około 35%, które trzeba zapłacić, co stanowi równowartość noclegu w turystycznym hoteliku i dobrego obiadu.

Jak na razie jestem bardzo zadowolona z 3AC, ale o ile tylko nadarzy mi się okazja i towarzystwo postaram się zapoznać z urokami znacznie tańszego sleepera, 3AC jest bezpieczne i dobre na samotne lub quasi-samotne (czyli wszyscy w różnych częściach wagonu/wagonach) podróże, ale mam pewne podejrzenia, że AC to jednak nie to co lubię najbardziej, bo z tego całego AC teraz mam zapalenie gardła.

Monday, September 8, 2008

Plan zajęć

Mam już mój plan zajęć na najbliżez 3 miesiące.
- pniedziałeek 10:15 Management of Services i Issuuse in Rural Marketing
- wtorek 8:30 (pora nieludzka, ale trudno) Mergers and Aquisitions, potem Management of Banking and Financial Institutions, a po lunchu o 16 -2x Financial Risk Management, czyli długi męczący dzień na MDI, za to
- w środę mam tylko IRM (10:15)
- a w czwartek znowu od 8:30 po kolei M&A, MBFI i MOS
Weekend zaczynam w czwartek po lunchu, więc nie jest źle.

Teraz pierwsze wrażenia
MOS - pani mówi angielskim, który bez problemów może być zrozumiany również przez exchangów, a mottem kursu ma przede wszystkim pokazać nam, że marketing usłóg różni się od marketingu towarów.

IRM - częścią tych zajęć ma być praca w terenie wiejskim, a pan prof. z góry nam (wszystkim nie tylko exchangom) zapowiedział, że dziewczyny na wycieczką mają ubrać się tradycyjnie, a jak mają w szafie tylko europejskie ciuchy, to mogą zaiwestować w coś indyjskiego. Prof. obiecał nam (tym razem już exchangom), że da nam dodatkowe materiały, żebyśmy mogli się zorientować, jak działa indyjska wieś.

Delhi

W niedzielę z dwójką Niemców Janą, moją współlokatorką i Antonio (pół-Hiszpan pół-Niemiec), który na MDI przyjechał na 2 semestry i w ciągu pierwszego zdążył się już mniej więcej zorientować co i jak. Do Delhi pojechaliśmy komunikacją miejską, natomiast po Delhi przemieszczaliśmy się metrem i moto-rikszą. Metro w Delhi zwłaszcza na połódnie od Rajiv Chowk i India Gate jest wszechobecne - przede wszystkim w postaci niebieskiego ogrodzenia z napisem Delhi Metro. Merto powstaje chyba jednocześnie na całej planowanej lini, budowane jest pod ziemią w centrum, w Gurgaon natomiast będzie na estakadzie nad Mehrauli Rd - "ulicą Mall-i".

Delhi nie gryzie, to pierwsza myśl, druga myśl jest taka, że w Delhi ludzie są sympatyczni, rikszarz będzie cię przez pół godziny nagabywał, żebyś jednak wsiadł/wsiadła zamiast iść 2 km odcinek Rajpath na piechotę, ale jak odmówisz nie skrzywi się i nie zacznie kląć na czym świat stoi. Miłe jest także, to że zawsze znajdzie się ktoś, by z tobą pogadać - w sklepie, na ulicy, Hindusi do perfekcji opanowali tzw. small taks, ale od pogody i tematów, gdzie byłeś, co widziałeś, wolą 'wer ar ju from'?
Ktoś mi kiedyś mówił, że rikszarze najbardziej zawyżają ceny w miejscach turystycznych dla białych pasażerów i niewątpliwie jest to prawda, założenie jest takie, że jak białego znajdziesz w nietypowym miejscu, to istnieje spore prawodpodobieństwo, że ten biały mniej więcej zna ceny i będzie się targował.

Gurgaon - pierwsze kroki

Piątek i sobotę w większości spędziłam w Gurgaon, odwiedzając znany wszystkim studentom MDI sektor 14 (15Rs = 80gr - rikszą rowerową) i centra handlowe - nie wiem ile ich dokładnie jest, ja na razie naliczyłam 5 z czego byłam w 3. O centrach handlowych już wspominałam, dodać mogę tylko, że w Sahara Mall jest supermarket (co nie jest regułą) Big Bazzar, gdzie dostać można praktycznie wszystko, od ciuchów przez różnego rodzaju produkty gospodarstwa domowego, po artykuły spożywcze. Z dobrych rzeczy w Sahara Mall zaraz - przed kasami na piętrze można dostać pyszne i bezpieczne kulfi - bezpieczne, bo w Mallu, bo zjadłam i żyję, bo przede mną kupowało je 10 hindusów, a oni by nie kupowali tego, co jadalne nie jest.

Gdyby ktoś wpadł do Gurgaon, to dobre jedzenie, a przede wszystkim bezpieczne jest w Karim's, muzułmańska restauracja, niestety nie wiem, w którym sektorze za 1800Rs (100 zł) z szóstkę (ja, Marta - która właśnie skończyła swój semestr na MDI, Radek z Bogną, Paweł - który z kolei spędzał w Gurgaon wakacje pracując dla jakiegoś NGOs-a i Maciek=południe Indii w 14 dni z czego 3 noce nie w pociągu). Gdzie indiej można się podobno objeść za 150RS od osoby (porcja dla dużego chłopa), ale w Karim's lassi podali mi bez proszenia bez lodu (czyli 100% bezpieczne).

Dla tych co mają dość mojego pisarstwa i wolą relacje wyższego sortu - polecam stronę Radka.
http://www.buka.livenet.pl/voyage/indie/

Friday, September 5, 2008

Dzień pierwszy

Miła niespodzianka, żeby mieć internet w MDI wcale nie trzeba łazić po kabelek, można po prostu usiąść z laptopem na stołówce - jest WiFi i to takie, które nic sobie nie robi z przerw w dostawach energii. :) Po kabelek swoją drogą i tak się wybiorę w przyszłym tygodniu, bo zawsze wygodniej mieć internet w pokoju niż w tzw. przestrzeni publicznej - na stołówce nie pogadam sobie głośno przez Skype'a.

Jest gorąco, a nawet bardzo gorąco i parno, ale do się przeżyć, zwłaszcza jak się siedzi koło pracującego wentylatora. O dziwo można nawet w tej temperturze jakoś funkcjonować. Można pojechać do sektora 14 (i zrobić tam zakupy) oraz do Malli handlowych, gdzie generalnie można kupić to co w polskim centrum handlowym :). Jedno wiem z ciuchami nie będę miała żadnego problemu, moich ukochanych bluzeczek z krótkim rękawkiem i kołnierzykiem jest zatrzęsienie, są też rzeczy bardziej indyjskie, ale na razie stwierdziłam, że się wygłupiać nie będę i zostanę przy stroju europejskim. :) Chyba tak lepiej, zwłaszcza, że strój europejski, przynajmniej wśród klas zamożniejszych jest równie popularny (a może nawet bardziej) niż indyjski, więc co mam być taka hup siup do przodu :P.

Skoro już się przyznałam, że coś tam kupiłam 3 książki, okulary przeciwsłoneczne (najdroższe ze wszystkiego, bo prawie 2500 rupii, ale chciałam sobie kupić porządne, a stare zostawiłam w czwartek w FOR) i kolczyki - srebrne kółka z taką fajną zwisającą kuleczką.

Proszę się nie dziwić, że piszę głównie o sobie, podobno kobiety tak mają, że o sobie głównie piszą. Obiecuję, że na przyszłość się poprawię. :)

Z miłych zaskoczeń w Gurgaon nie gapią się, aż tak na białego człowieka. W Mallach ceny są podane z góry i w miarę rozsądne. :) W małej księgarence w 14 sektorze mogłam zapłacić kartą :). Przy zapłacie kartą debetową chcą od człowieka i pin i podpis, a przy większych płatnościach kartą kredytową chcą od człowieka imię, nazwisko i numer kontaktowy - tak samo było jak z mamą byłyśmy w Indiach ponad rok temu. :) Może bez numeru kontaktowego, ale nie pamiętam dokładnie.

Thursday, September 4, 2008

W drodze, czyli w Helsinkach

Po pierwsze jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek będzie leciał, gdziekolwiek przez Helsinki i będzie miał w podręcznym laptopa, to dobrze, żeby miał pod ręką również kartę kredytową/debetową - Visa, Mastercard lub American Express. Czas przy laptopie mija istotnie szybciej :), zwłaszcza jak się okarze, że samolot jest opóźniony o jakieś 1:30-2h. Cen za dostęp do sieci bezprzewodowej, to 3euro za 30 min, 5euro - 1h i 8euro - 24h, jest to znacząco mniej niż w automacie i o wiele wygodniej (klawiatura pozioma jest istotnie wygodniejsza od pionowej).

Z dobrych rad z gatunku mądry Polak po szkodzie, nie polecam wkładania pojemniczków z wodą (tych samolotowych) do damskich torobek. Właśnie przeżyłam powódź, najgorzej ucierpiał chyba mój przewodnik Lonely Planet i gdzbiet książki z adresami, położyłam na kratkach niech się suszy.

Lotnisko w Helsinkach w porównaniu do Szeremietiewa, to niebo i ziemia, przestronne, w miarę czyste, nikt nie leży pokotem, alejki są szerokie, okna duże - można podziwiać kołujące samoloty :), czego więcej chcieć.

W samolocie do Helsinek obok mnie (prawie bo jedna znas siedziała przy korytarzu a druga przy oknie) leciała pani, która wybiera się do Ladakhu. :) Zazdroszczę, mnie Ladakh w tym roku nie pisany, bo w grudniu dostać tam się po prostu nie da z uwagi na dużą (bardzo dużą) ilość śniegu.

Tak w zasadzie małam zacząć pisać od jutra, ale że i tak mam dodatkowe 1:30h na lotnisku i zapłaciłam już te 8euro, to zmieniłam nieco moje plany. Tytuł znaczy tyle co 'w Indiach' - Hindustan to drugie obok Bharat, miejscowe okreslenie na Indie, a me, to przedimek, mimo iż w hindi jest zasadniczo za imieniem (ang. postposition) - taki poimek :).