Monday, October 6, 2008

Akshardham

...czyli techniki wizualne na usługach pobożności.

Zanim opiszę co robiłam podczas Summer Placement Activity (SPA) kilka słów o tym co robiłam w weekend po Jaisalmerze i po tym jak w końcu wykurowałam się z moim gardłem, czyli będzie w zasadzie o mojej niedzielnej wyprawie do Delhi z Vaibhav'em.

Vaibhav jest na MDI studentem drugiego roku i razem robimy Financial Risk Management, czyli przedmiot, na którym ja z regóły wiem co, ale nie wiem jak, choć czasami to nawet nie wiem co i jak się robi. FRM miało jakiś poprzednik w zeszłym semestrze, ale nie wszyscy go robili, w tym ja z prostej przyczyny, że mnie na MDI nie było. FRM robię chyba tylko dlatego, że mi pasuje do grafiku, stanowi pewne wyzwanie, czegoś może się nauczę skoro już tu siedzę :).

Wracając do mojego towarzysza niedoli i przewodnika po Delhi. Vaibhav wychował się w Nigerii, ale cała rodzina jakiś czas temu opóściła ten kraj w obawie przed wojną i zamieszkami i powróciła do Indii. Vaibhav jest inżynierem morskim i przez jakiś czas (3-4 lata) pływał na statkach po między innymi po Europie, ale znudziło mu się takie życie i postanowił, że czas na studia MBA, tak znalazł się na MDI.

Plan był taki, że do Delhi pojedziemy komunikacją miejską, ale w efekcie skończyło się na samochodzie siostry Vaibhava. Spod MDI rikszą rowerową pojechaliśmy do mieszkania siostry (3 pokoje z kuchnią na zamkniętym osiedlu), a dalej samochodem na Connaught Palce. Po drodze zastanawialiśmy się czy nie zatrzyma nas policja - po zamachach tydzień wcześniej w Delhi wzmożono patrole zwłaszcza w okolicach CP, a Vaibhav za prawojazdy miał tylko świstek upoważniający do jego odbioru na początku października. Na świstku tylko imię (bez nazwiska bez numeru dokumentu - po prostu nic), ale widać taki świstek wystarcza, by zweryfikować toższamość osobnika przy odbiorze. To, że Vaibhav nie miał jeszcze ostatecznego prawojazdy nie oznacza, że samochodem jeździł tylko na kursie. W Indiach samochodem jeździ się najpierw bez prawojazdy, potem z tzw. learner's driving licence, a na koniec z prawdziwym prawojadzy. Egzamin polega na tym, że przyjeżdża się własnym samochodem, a egazminator sprawdza czy wiesz, gdzie jest sprzęgło, hamulec i gaz, wyobrażam sobie, że musi to wyglądać mniej więcej jak nasz egzamin na kartę rowerową. Potem zabierają ci twoje dotychczasowe prawojazdy i zostawiają ze świstkiem na miesiąc.

Zaparkowaliśmy przy CP - dalej metrem i rikszą do Red Fort (czyli czerwonego fortu). Z moją indyjską legitymacją udało mi się wejść za indyjską stawkę czyli 15 Rs (zamiast ponad 100Rs). Fort jest duży, ale do zwiedzania udostępniony jest tylko niewielki fragment, resztę zajmuje nie wiem co, najprawdopodobniej jakieś budynki państwowo-wojskowe. Zaraz za bramą, gdzie moja damska torebka zostaje prześwietlona (tak tu torebki nawet damskie sprawdzają wszędzie - w metrze, w świątyniach, w Mallach), zaczyna się uliczka sklepików z towarami o cenach zapewne dwa razy wyższych niż gdziekolwiek indziej (moje przypuszczenie - nie sprawdzałam). Fort jest przyjemny, spokojny o ile nie liczyć całej masy turystów i na pewno warto się tam chociaż raz wybrać, zwłaszcza jeżeli nie widziało się Agry, bo prawidłowość zdaje się być taka, że z dwóch Czerwonych Fortów ten się podoba bardziej, który widziało się jako pierwszy (choć są wyjątki).

Teraz czas na wyjaśnienie tytułu, Akshardham, to nowa świątynia w Delhi, której budowę zakończono 2005 roku. Cała rzecz jest poświęcona Neelkanth'owi Varni, znanemu jako Bhgwan Swaminarayan, guru żyjącemu na przełomie XVIII i XIX wieku. Guru otacza niemalże boska aura, jako chłopiec czyni rzeczy niemożlie - ożywia martwe ryby mocą swojego współczucia (okropny dzieciak zniszczył rybakom pracę całego dnia) i przechodzi boso bez ciepłego odzienia w środku zimy przez Himalaje, a każde miejsce uświęca swoją obecnością. Propaguje spontaniczną radość i bezinteresowną pomoc i chce na siebie wziąć wszelkie cierpienia ludzkość. (Jako pierwszy, jakby Jezus nie zdąrzył już umrzeć za nasze grzechy prawie 1800 lat wcześniej i nie propogował miłości bliźniego, ale może diabeł tkwi w szczegółach, a grzech to nie to samo co cierpienie.) Nazwanie Akshardhamu świątynią, to jednak spore uproszczenie, świątynia, to tylko część całego założenia, reszta ma na celu dalsze przekazywanie i rozpowszechnianie przesłania guru (o spontanicznej radości i bezinteresownej pomocy innym), w sposób jak najbardziej nowoczesny i przyjemny. Za 125Rs od osoby można zwiedzić ekspozycję (są zniżki dla dzieci i osób po 65 roku życia, nie ma dla Hindusów, bo przesłanie jest uniwersalne :P). Zajmuje to ponad 2 godziny, ale moim zdaniem warto - bo wśrodku jest jak w Disnaylandzie. Najpierw czeka nas kilka sal, z krótkimi pokazami - inscenizacjami, w których obok dźwięku i światła wykorzystane są też ruchome figury naturalnych rozmiarów. Potem oglądamy 40 minutowy film na ekranie formatu IMAX (sala wypełniona po brzegi, nie przesadzam), o tym jak Neelkanth zostaje guru (film kręcony w 108 różnych miejscach w Indiach z udziałem ponad 45000 osób - to się nazywa rozmach). Na koniec czeka nas przejadżka łódką (pod dachem), podczas której pokrótce zostaje przedstawiona historia myśli indyjskiej (łącznie z twierdzeniem Pitagorasa x stuleci przed Pitagorasem itd.). Nie da się ukryć, że wszystko jest do bólu propagandowe, ale jak ktoś ma zamiar spędzić w Delhi trochę więcej czasu, to warto się do Akshardham, choćby by zobaczyć, że nie tylko kaplica czasek może być atrakcją turystyczną.

1 comment:

Anonymous said...

Ciesze sie, ze wedlug Ciebie warto bylo zobaczyc Akshardham. :) Disneyland, fakt, ale mimo wszystko warto. Chocby ze wzgledu na zabezpieczenia (ktorych nie opisalas, nieladnie!), niespotykane nigdzie indziej w takiej ilosci. :P